Zimna, zmaltretowana bryła statku kosmicznego
przemierzała bezwładnie pustkę, z wolna wirując na tle czerni nakrapianej
jasnymi punkcikami odległych gwiazd, niby pyłek na czarnej płachcie,
podziurawionej tysiącami szpilek.
Niegdyś majestatyczny, lśniący bielą okręt badawczy,
wyruszający w misję do odległych zakątków wszechświata, teraz cudem utrzymujący
hermetyczność wrak, z ledwo tlącą się iskierką energii umierającego reaktora.
Praktycznie bez zasilania, bez kontroli, z paroma
jedynie sprawnymi systemami sunął bez dawnego celu, bez chwały, z której obdarł
go czas, obita, odrapana skorupa, pozdzierana od wędrujących drobin, błąkał się
od wielu lat, zliczanych jedynie przez pokładowy chronometr.
Przez ten czas, odkąd utracił kontrolę ludzi, w ciągu
wielu lat kolejne systemy ulegały awarii, przestawały funkcjonować, wyłączane
przez centralny system sterowania, rozpaczliwie próbującego zachować działanie
tych najważniejszych, póki i on nie umarł wraz z nimi, osamotniając jarzący się
słabo czerwonymi cyframi chronometr, zostawiając kilka lamp awaryjnych wciąż
świecących na posterunkach, milknąc, by już więcej nie przemówić do reaktora,
dożywającego swych ostatnich chwil wśród buczenia resztek energii w przewodach.
Okręt nie umierał. On był już martwy od dawna. Teraz
zaczął się jego rozkład, ostania podróż zimnego trupa przez niewzruszony,
wieczny wszechświat.
Niesłyszalnie w kosmicznej próżni trzeszczały rozpadające się, nadwyrężone części jednostki, utrzymującej się jako jedna bryła jedynie z czystego przypadku, jakby los twierdził: jeszcze nie, jeszcze chwilę potrzymajcie, rozpaść możecie się jutro, pojutrze, za dwa dni.
Resztki powietrza stały nieruchomo w hermetycznym wnętrzu, reaktor buczał resztką energii, którą zdolny był wyprodukować, jednak nie doczekał się odpowiedzi głównego komputera, mogącego go opanować.
Akurat wtedy, w jednym z wielu ciasnych duktów technicznych, wypełnionych kablami w sparciałych otulinach i starych, pustych już przewodów trzasnął snop iskier, gdy niestabilny reaktor westchnął trochę głośniej, przepalając stary kabel, zrywając kolejny z paru zaledwie działających jeszcze ciągów energetycznych.
A był to ciąg niezwykle ważny. Gdyby spóźnił się jeszcze o kilka lat, wszystko nie miałoby już znaczenia, gdyż okręt stałby się prawdopodobnie tylko zbiorem luźnych części, lecących w jednym kierunku, teraz jednak przepięcie było decydujące.
Zapoczątkowało ono jeszcze jedną historię, którą okręt mógł zobaczyć przed przemienieniem się w nicość, stopieniem z wszechświatem. Przedwiecznym, niewzruszonym, trwającym nieskończenie i bezkreśnie kosmosem. To w nim miał się rozegrać jeszcze jeden akt, być może ostatni, jaki ujrzy samotny wrak, który zapomniał o swoim celu i przeznaczeniu tak dawno, że już nawet tego nie pamiętał.
Teraz miał szansę poznać jeszcze jedną historię, nim nareszcie odejdzie w spokoju.
* * *
Cztery hibernatory stały obok siebie, niczym
sarkofagi, zbudowane, by służyć swoim panom. Trzy były martwe; puste, zszarzałe
skorupy, w półmroku rozjaśnianego jedynie słabym poblaskiem lamp,
dogorywających w ciszy.
Ostatni jarzył się jeszcze paroma kontrolkami, dając
znać zimnemu światu, że jeszcze żyje.
Wewnętrzny komputer stalowej trumny w agonii zarejestrował odcięcie głównego
źródła zasilania i przejście na akumulatory, które po tylu latach nie miały
prawa działać. W ostatnich chwilach funkcjonowania podjął decyzję o wybudzeniu
podopiecznego, który oddał się mu w opiekę dawno temu, o którego troszczył się
podczas kosmicznej podróży.
Póki starczyło mu energii, rozpoczął procedurę
szybkiego wybudzania, przerywając gwałtownie kriosen w zaprogramowanej przez
twórców rozpaczliwej próbie ratowania człowieka.
Nagłe wyrwanie z objęć sztucznego, mroźnego Morfeusza
było niebezpieczne, mogące w zależności od gwałtowności i czasu do rozpoczęcia
terapii skutkować śmiercią, było jednak lepsze niż wyłączenie się hibernatora
podczas snu, gwarantujące pewny zgon.
W ciszy panującej w nieruchomym pomieszczeniu wyraźnie
syknęło rozszczelnione wieko nowoczesnego sarkofagu, jednak mechanizm
otwierający zawiódł, pozostawiając jedynie wąską szczelinę, przez którą na
zewnątrz wypływał obłok powietrza, zmieniającego się w parę z powodu różnicy
temperatur.
Ostatnie kontrolki zamrugały w agonii, w trosce
upewniając się o stanie człowieka, nim powoli zgasły, dołączając do swych
martwych braci po spełnieniu nadanego im przez twórców obowiązku.
Proces przywracania człowieka do życia ze stanu
pośredniego, między śmiercią, a snem został zapoczątkowany, trwając dalej
samodzielnie, gdy poszczególne organy wznawiamy funkcjonowanie, a mózg
wydostawał się ze stanu zawieszenia, przejmując na powrót kontrolę nad ciałem.
Leżąca w hibernatorze kobieta ponownie zaczerpnęła
powietrza.
* * *
Wciągnęła w płuca mroźne, kłujące niemiłosiernie
tysiącem ostrych, lodowych igiełek powietrze w pierwszym od dawna oddechu.
Boleśnie odetchnęła, biorąc następny wdech, i następny, gdy płuca bez jej
świadomości rozpoczęły pracę, do której zostały stworzone.
Jedną z pierwszych rzeczy, jakie poczuła, było zimno.
Nie, raczej mróz. Mróz otulający ją bolesną kołdrą, gdy w samej bieliźnie
skuliła się wewnątrz swej stalowej trumny, drżąc na ciele.
Jednak to zimno było inne od zazwyczaj odczuwanego po
wybudzeniu. Wtedy człowiek czuł je ze środka, wydostawało się z wnętrza ciała,
natomiast to otoczenie grzało je, przez co musiano obniżać temperatury w
komorach hibernatorów, by uczynić wybudzenie bardziej znośnym. Teraz nadciągało
jednak z zewnątrz, powodując cierpienie kobiecie skulonej we wnętrzu
oszronionego sarkofagu.
Oddychała z trudem, nierówno, rwanie, trzęsąc się z
zimna.
Nie, nie może tak leżeć, to pewna śmierć, przemknęło
jej przez myśl.
Z wysiłkiem wyprostowała podkurczone kończyny, mierząc
się z bólem rozciąganych mięśni, opierając dłonie na lodowatej, oszronionej powierzchni
wieka, wykonanego poza ramą z transparentnego tworzywa, teraz nieprzejrzystego,
i pchając, by je podnieść i uwolnić ze swego grobu, nim jest jeszcze w stanie.
Pokrywa drgnęła, jednak nie była w stanie jej
całkowicie podnieść bez pomocy mechanizmu kriokomory.
Zaparła się nogami, pchając z całych sił, w rozpaczy
próbując uwolnić z klaustrofobicznej przestrzeni, lekko rozjarzonej
działającymi jeszcze lampami po bokach wyłożonego miękkim materacem wnętrza.
Powoli, ociężale wieko poczęło się podnosić, gdy
napierała na nie z całą siłą, na jaką mogła się zdobyć w tym stanie. Wreszcie
znalazło się na tyle wysoko, że mogła się wygramolić z wnętrza na wolność, do
zimnego, cichego pomieszczenia.
Jęknęła z bólu, gdy postawiła stopę na lodowatej
podłodze, jednak nie zatrzymała się, dostawiając drugą na parząco zimnej
powierzchni i stając na równych nogach.
Była wysoka, szczupła, ale dobrze zbudowana, co
zawdzięczała wsparciu bioinżynierii, na dodatek wysportowana, dzięki czemu
zdołała się wydostać z lodówki, w której spała. Jasne blond włosy zaplecione
miała ciasno na głowie. Spojrzała na hibernator błękitnymi, przekrwionymi teraz
oczami, widząc, jak z jego wnętrza wypływa para, spowodowana różnicą
temperatur. I tutaj to na zewnątrz było zimniej niż w środku; w pomieszczeniu
panowała niższa temperatura niż nawet w kriokomorze.
Drżącą, osłabiona ręka zawiodła, ciężkie wieko
wyślizgnęło się ze słabych palców, opadając z łomotem na swoje miejsce, i
powodując rozsadzający bębenki w ciszy pustego okrętu huk, tak niepasujący do
wszechobecnego spokoju, wręcz go profanujący.
Kobieta skuliła się na jego dźwięk, kiedy jednak
wybrzmiał, skoncentrowała się na dotarciu do szafek stojących pod ścianą
naprzeciwko ustawionych obok siebie hibernatorów, zaledwie parę metrów, ale
przepełnionych bólem promieniującym od podłogi zimniejszej niż lód.
Chwiejnie dotarła do swojej szafki, chuchając po
drodze na dłonie, by choć trochę je rozgrzać, u celu drżącymi, zdrętwiałymi
palcami objęła uchwyt wykonany z żółtego, teraz jakby poszarzałego plastiku i
pociągnęła, odblokowując stalowe drzwiczki.
Rozwarła je lekko, nim musiała chwilę odpocząć, dysząc
z wysiłku. We wnętrzu statku panowało bardzo niskie ciśnienie, utrudniające
funkcjonowanie osobom, które się do niego nie przyzwyczaiły, co wymagało czasu,
a ona dopiero co wyszła z hibernatora. Dobrze chociaż, że system zwiększył
ilość tlenu w powietrzu, inaczej niechybnie by się udusiła.
Po chwili kontynuowała, przemagając siebie, świadoma,
jak skończy, jeśli nie dotrze do kombinezonu pokładowego i nie włączy jego
ogrzewania.
Szafka stanęła przed nią otworem, sięgnęła po pakunek
z jej osobistym ubiorem, jednak hermetyczna, foliowa paczka leżącą na półce
rozerwała się, gdy tylko wyjęła ją na zewnątrz, zawartość rozrzucając u jej
stóp.
Zacisnęła zęby, odrzucając porwany plastik i sięgając
po leżący na podłodze kombinezon, jasnoszary z czarnymi wstawkami, dopasowany
do ciała ubiór okrywający ją od stóp po szyję, nie licząc odkrytych dłoni i mogący
zapewnić ocalenie od zamarznięcia.
Założenie go nie było łatwe, ba, było zadaniem iście
karkołomnym, jednak chęć przeżycia i ból, jaki odczuwało jej ciało były
wystarczająco motywujące, by podołała temu zadaniu.
Gdy tylko zapięła go pod szyję, skuliła się przed
szafką, kucając, drżącym palcem próbując aktywować panel sterowania na
przedramieniu i włączyć funkcję grzania. Co prawda materiały, z których był
wykonany zapewniały komfort termiczny, jednak jej wyziębionemu ciału to nie
starczało, potrzebowała więcej ciepła.
Ale elektronika nie odpowiadała, martwa, tak jak ona
sama mogła wkrótce być.
Nie wiedząc, co robić, w żołądku zaległa ciężka gula,
gdy strach zaczął ogarniać jej umysł, przez który przelatywały myśli, niczym
maszyny pędzące po świetlistej autostradzie.
Kurtki.
W głowie zatrzymała się jedna myśl. W przedziale
pasażerskim, znajdującym się tuż obok niego były kurtki, zamknięte w szafkach
wraz z innymi ubraniami. One mogły ją uratować, nawet bez zasilania potrafiły
ogrzać ciało i utrzymać temperaturę.
Po raz kolejny zmusiła się do wysiłku i powstania z
kucek. Zesztywniałe ciało zaprotestowało rwącym bólem, gdy się prostowała i
uczyniła pierwszy krok w stronę otwartego wyjścia na ciemny, skąpany w
niezgłębionej czerni korytarz.
Jej hibernator znajdował się najdalej od korytarza,
toteż miała do pokonania najdłuższą drogę, jednak z każdym krokiem mięśnie
protestowały coraz mniej. A może to ona się do rwania przyzwyczajała?
Dotarła do wyjścia, drzwi były odsunięte, chowając się
niemal w całości w ścianie.
Oparła się o framugę, niemalże nie czując już odrętwiały mi dłońmi zimna metalu
i spojrzała w głąb skąpanego w mroku korytarza. Nie było nawet śladu światła,
chociażby tak wątłego jak w pomieszczeniu za jej plecami, pamiętała jednak
rozkład korytarzy na tyle, by trafić do miejsca, do którego zdążała.
Ruszyła przed siebie; z każdym ciężkim oddechem z jej
ust wydobywała się mgiełka pary, a zęby szczękały na nierównym rytmie drżenia
jej ciała, gdy niepewnie stawiała stopy jedna przed drugą, ręką podpierając się
o ścianę, by nie zgubić się w wszechobecnej ciemności, a także nie stracić
równowagi, wciąż nie ufając swym nogom.
Wymacała załom ściany, framugę wejścia do bocznego
pomieszczenia. Ostrożnie, z uwagą stawiając kroki, nie odstępując od ściany
obok.
Weszła do środka i obróciła w lewo, wyciągając przed
siebie wolną rękę, szukając nią szaf, które zajmowały całą ścianę naprzeciwko,
a których nie mogła dostrzec w eterycznej, pulsującej przed oczami ciemności.
Dotknęła tworzywa, z którego wytworzone były drzwi
szafy, ledwo czując jego fakturę pod palcami, które wydawały się jej wykonane z
drewna miast żywej tkanki, wymacała uchwyt i otworzyła je.
Chwilę później jej dłonie zanurzyły się wśród
wiszących w środku ubrań z przeróżnych tworzyw w poszukiwaniu kurtek,
potrafiących zapewnić ciepło w niemal każdych warunkach, w jakich mógł się
znaleźć człowiek i go potrzebować.
Wreszcie znalazła, czując przyjemną podszewkę, którą już
teraz zdawała się ogrzewać jej palce, choć było to z pewnością tylko złudzenie.
Wyjęła ją z nową energią, rzucając plastikowy wieszak
w głąb pomieszczenia, gdzie zniknął w ciemnościach że stukiem; zarzuciła ją na
plecy, opatulając nią, drżąc z zimna, czekając, aż się rozgrzeje.
Było jednak za zimno, by pojedyncza kurtka bez zasilania,
które mogło szybko zwiększyć temperaturę wewnątrz dała radę przeciwko
niemożliwemu wręcz mrozowi wewnątrz statku. Gdyby piekło było zimne, właśnie
taka temperatura by w nim panowała, dręcząc nieszczęsnych śmiertelników bez
końca.
Sięgnęła głębiej, dobywając ocieplane spodnie, a potem
otworzyła następną szafkę, biorąc drugą kurtkę i zarzucając na poprzednią,
zapinając na całej długości i ściągając regulatory, by nawet odrobina powoli
przybywającego wewnątrz ciepła nie uciekła z jej kokonu.
Najchętniej zostałaby tak, jak stała, jednak gęsta
ciemność niepokoiła ją, dręczyła, powróciła więc do poprzedniego pomieszczenia,
plamy wątłego światła pośród otaczającej ją nieskończonej czerni.
Straszliwie powoli, gdyż zmaltretowane ciało nie
pozwalało na szybszy krok niż mozolne szuranie po podłodze, goniona strachem
sączącym się z ciemności dotarła do pomieszczenia z trumnami hibernatorów, i
skuliła się w kącie, pod szafkami, kucając i opierając o nie plecami, okutana w
ogrzewające ubrania, bez ruchu próbując przetrwać w lodowym piekle, w jakie
zmienił się jej statek.
* * *
Nie wiedziała, jak długo kucała tak skulona pod
szafkami, powoli rozgrzewając się pod warstwami materiałów zaprojektowanych w
tym celu. Nie wiedziała nawet, czy spała, czy nie, zawieszona w dziwnym stanie,
niby świadomym, ale zamkniętym w sobie, bez poczucia czasu.
Wkrótce przestała się trząść z zimna, w kończyny z
bólem wróciło jej czucie, wręcz zaczynało jej być ciepło.
W końcu podniosła głowę, obrzucając spojrzeniem całe
pomieszczenie. Wstała z kucek, wciąż trzymając dłonie w głębokich, ciepłych
jamach kieszeni, zdecydowana zrobić coś, cokolwiek, by przeżyć.
Najpierw podeszła do pozostałych hibernatorów,
spoglądając z przestrachem na szare panele pełne martwych kontrolek,
obwieszczające dawną śmierć urządzenia. Bała się tego, co może ujrzeć pod
transparentną pokrywą szczelnie zatrzaśniętą nad miękko wyłożonym wnętrzem, gdzie
przed wylotem położyli się jej przyjaciele, stanowiący resztę załogi.
Przełamując lęk zajrzała do środka, z ciężką gulą w
żołądku, mdlącym strachem sączącym się w jej myślach, podpowiadający jej obrazy
zwłok leżących w kriokomorach, zwłok jej towarzyszy śpiących snem, z którego
mieli się już nie obudzić.
Nie była świadoma tego, że wstrzymuje oddech, dopóki
go nie wypuściła z ulgą, kiedy kamień ciążący jej na sercu spadł, uwalniając ją
od swego ciężaru.
Hibernatory były puste. Spojrzała przez lekko,
delikatnie wręcz pomazaną od środka taflę na pokryte jasnym kurzem materace
wewnątrz, wyściełające komorę.
Pochyliła się, przyglądając pyłowi, który zalegał na
tkaninach. Komory były zatrzaśnięte, więc skąd się tam znalazł?
Co oni tu robili, dlaczego jej nie wybudzili?
Co tu się stało?
Nie mogła wymyślić żadnej sensownej odpowiedzi,
odłożyła więc te pytania na później, spychając w głąb umysłu, skupiając na
bieżących problemach, znacznie bardziej naglących niż prawda o wydarzeniach,
które się tu rozegrały.
Zamyśliła się; musi ustalić, co dalej.
Najpierw chyba najlepiej udać się na mostek, stamtąd
będzie mogła włączyć pozostałe systemy statku, w tym ogrzewanie i światło.
Mimo, iż lubiła chłód, ta temperatura była za niska nawet dla niej.
Najpierw przejrzała jednak zawartość szafek, szukając
jakiegokolwiek źródła światła, znajdując co prawda kilka latarek, jednak żadna
z nich nie działała, nie reagując na próby ich uruchomienia, martwe jak niemal
wszystko dookoła.
Chcąc, nie chcąc, ruszyła w stronę korytarza, znacznie
żwawiej aniżeli poprzednio, kierując się tym razem w kierunku przeciwnym do
uprzednio obranego, kiegdy walczyła ze swoim ciałem na drodze ku szafom z
ubraniami będącymi ocaleniem.
Szła wciąż powoli, wszakże jeszcze nie doszła do
siebie po długim kriośnie, w którym znajdowała się znacznie dłużej, niż było to
planowane, jak podejrzewała.
Ręce zaplotła a piersiach, kryjąc dłonie pod
pachami, zakutane między zewnętrzną warstwą pierwszej kurtki a podszewką
założonej na nią drugiej, ogrzewane przez nowoczesne, syntetyczne tkaniny i
ciepłotę własnego ciała.
Każdy z płytkich oddechów przynosił jej dyskomfort,
jednak nie był już tak uciążliwy, jak zaraz po przebudzeniu, gdy nieświadome i
nieposłuszne jeszcze jej powoli wypełzającej z objęć snu świadomości ciało
odruchowo zaczerpnęło powietrza pełną piersią, sprawiając ból, na który
bezwolna nie mogła wtedy zaradzić.
Otoczona głęboką ciemnością, gdzie jedynym kontaktem
ze statkiem była podłoga, o którą cicho stukały podeszwy butów straciła
poczucie przestrzeni; gdyby nie dotyk stali pokładu pod stopami równie dobrze
mogłaby dryfować w bezkresnej przestrzeni, machając bezskutecznie nogami.
Wokół niej rozlegało się trzeszczenie konstrukcji, sączące
ciemne, lepkie nitki strachu w jej umysł, wnikające w jego głąb i zatruwające
myśli, podsuwające przerażające wizje jej końca w krótkiej agonii wśród
kosmicznej pustki, które próbowała odepchnąć, zagłuszyć, z miernymi skutkami
blokując je wątłym murem ustawionym wokół jej świadomości.
Wyczuła coś przed sobą, co zagradzało jej drogę,
przeczuciem, gdyż zmysł wzroku mógłby równie dobrze nie istnieć. Serce
podskoczyło jej w piersi w pierwszym momencie, gdy zaskoczony umysł wyrzucił
nagłą dawkę adrenaliny, wtłaczając ją w żyły, gdzie pędzącą krew zaniosła ją do
wszystkich kończyn.
Zaraz jednak się uspokoiła, domyślając się, że dotarła
do grodzi oddzielającej koniec korytarza od sterówki, centrum statku, miejsca,
z którego można było kontrolować wszystkie systemy. Najwidoczniej straciła
poczucie przestrzeni tak bardzo, iż nie zauważyła, jaką odległość przeszła. Gdy
się odwróciła, faktycznie, zobaczył w oddali plamę słabego światła padającego
na korytarz z pomieszczenia, z którego rozpoczęła swą wędrówkę po okręcie, w
odległości odpowiadającej tej dzielącej hibernatory od mostka. We wszechobecnym
mroku zdawało się tkwić w morzu nicości, za słabe, by oświetlić cokolwiek poza
ścianą, podłogą i sufitem naprzeciwko wyjścia, które zdawały się zlewać w
jedno, dryfując pośród nieskończonej czerni.
Zwróciła się na powrót ku zamkniętej grodzi,
prowadzącej na mostek jednostki, niemożliwej do łatwego rozwarcia bez energii,
której brakowało, szczęśliwie jednak dla niej konstruktorzy przewidzieli
podobne problemy, instalując awaryjny system otwierania.
Wymacała na ścianie obok prostokątne żłobienie
pokrywy, skrywającej korbę, mogącą otworzyć jej wejście do pomieszczenia
stanowiącego mózg statku.
Zastały mechanizm poddawał się powoli, a ona, osłabiona,
zaciskała zęby z wysiłku, próbować go ruszyć, mierząc się zarówno z nieruchomą
korbą, jak i bólem powodowanym kontaktem skóry z lodowato zimną powierzchnią,
wbijającą igiełki mrozu w jej dłonie.
Wreszcie statek się poddał, pozwalając jej z trudem
rozewrzeć grube, stalowe grodzie na szerokość pozwalającą jej przecisnąć się na
drugą stronę, pomiędzy dwiema ścianami wrót, przepychając się przez które
zmuszona była wypuścić powietrze z płuc i z całych sił nie panikować, by nie
utknąć na dobre w wąskiej przestrzeni.
Udało jej się dostać do środka; przed nią w
wszechobecnej ciemności zobaczyła pas iluminatora, za którym błyszczały odległe
gwiazdy, niczym konfetti rozrzucone na nieskończonej, czarnej płachcie. Na
pobliskich panelach mrugało kilka kontrolek, tak rozpaczliwie mało, gdy systemy
wyłączały się jeden po drugim, kiedy zabrakło im opieki człowieka, mogącego
zapobiec ich agonii.
Potykając się, przypadła do jednego z paneli, próbując
go uruchomić. W reakcji ekran rozbłysł jasno, przez oczy przyzwyczajone do
mroku wbijając ostre szpile prosto w nerwy.
Jęknęła, od razu tego żałując; nie zdawała sobie
sprawy, jak umęczone i suche miała gardło, nim pierwszy dźwięk przez nie
przewędrował. Będzie musiała potem udać się do dystrybutorów z jedzeniem po
wodę i ambulatorium, by zażyć leków.
Chwilę zajęło jej przyzwyczajenie się do ostrego,
sztucznego światła, nim mogła zmrużonymi oczami spojrzeć na okrutnie jasny
prostokąt. Przebiła się głęboko przez ociężale działający interfejs, docierając
do ustawień ledwo trzymającego się okrętu i próbując włączyć światło, które
jednak nie rozbłysło oraz zwiększając wskaźnik temperatury na mostku. Na ten
czas były to dla niej rzeczy najważniejsze, nad resztą będzie mogła się skupić
jak odpocznie.
Opadła na stojący za nią, zainstalowany w podłodze wygodny
fotel, który skrzypnął ostrzegawczo pod jej ciężarem, jednak ustał
niewzruszony; skuliła się, podciągające kolana pod brodę i owijając ubraniem,
by zachować ciepło, nim temperatura w powietrzu wzrośnie, obserwując parę,
która wydobywała się z jej ust i nosa przy każdym oddechu, biały, przejrzysty
opar szybko rozwiewający się w zimnym powietrzu.
Ciekawość jednak nie dawała jej odpocząć, pytania, co
się wydarzyło, podczas gdy spała, dlaczego załoga jej nie wybudziła i gdzie się
podziali nie dawały jej wytchnienia, męcząc, zmuszając do przejrzenia logów w
systemie.
Szybko spostrzegła, że coś było nie tak, nie mogła
przewinąć listy do początku, przestawiła więc widok od najstarszych, uzyskując
wgląd w informacje zbierane przez komputer od momentu jego pierwszego
uruchomienia, szybko przerzucając do ostatnich logów, podczas których ktoś
używał systemu.
Ale i tu coś się nie zgadzało, gdyż zgadzać nie mogło;
ostatnia zarejestrowana działalność człowieka datowana była na dzień wylotu,
zanim wszyscy udali się do hibernatorów, by przeczekać skok w nadprzestrzeni.
Później nikt z załogi nie korzystał z urządzeń na pokładzie, co było
niemożliwe, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że jej koledzy widocznie coś na
okręcie zrobili, sądząc po pyle wysypanym w ich hibernatorach, cokolwiek to
miało na celu.
A usunąć wpisów się nie dało, specjalne oprogramowanie
uniemożliwiało ingerencję w tą część systemu bez pozostawiania śladu.
Jej umysł nie rozumiał całej tej sytuacji, krzyczał
bez odpowiedzi: ,,Co tu się stało?!'', echem odbijając w jej głowie.
Tknięta nagłym przeczuciem, opuściła nogi z powrotem
na podłogę, podnosząc się z trzeszczącego lekko fotela, powoli odwracając
twarzą w stronę konsolet po drugiej stronie mostka.
Wzrok spoczął na wyraźnie widocznym w półmroku
rozpraszany jedynie światłem ekranu za jej plecami chronometr, jarzący się
złowrogą czerwienią na tle paru zaledwie działających jeszcze kontrolek, które
mogłaby zliczyć na palcach rąk, blednących i niezauważalnych w jego mrocznym
blasku.
Z tej odległości nie mogła odczytać widniejących na
nim cyfr, określających nie tylko godzinę, ale także i datę. Podchodziła
powoli, starając się przedwcześnie nie spojrzeć na tę ostatnią informację,
bojąc się popełnić pomyłkę z powodu mylnego rozczytania liczb. Poruszała się
powoli, jakby zatopiona w gęstym, przejrzystym żelu, jakby specjalnie chcąc
przeciągnąć moment poznania odpowiedzi.
Spojrzała na niego dopiero, kiedy znalazła się bezpośrednio
przed konsolą, na której widniały napawające ją takim irracjonalnym strachem,
choć jeszcze nieznane liczby.
Godzina 2:52.
17 września.
107388 roku.
Zadrżała, czując, jak zawodzą ją nogi; osunęła się na
zimne panele pokładu, nie czując jednak promieniującego od nich mrozu, szeroko
otwartymi oczami wpatrując się w krwistoczerwone cyfry prosto przed jej twarzą,
odbijające w wilgotnych gałkach o nienaturalnie rozszerzonych źrenicach.
Spała ponad 105 000 lat.
Sto pięć tysięcy lat.
Jej ciałem wstrząsnęły spazmy. Ręce powędrowały do
głowy, złapała się za nią, palce zaciskając kurczowo na ciasno związanych
włosach, drżąc, słone, ciepłe łzy pociekła jej z oczu, znacząc swoją ścieżkę
chłodnymi śladami.
Jej życie powinno skończyć się dawno temu. Rodzina,
znajomi, wszystko, co osiągnęła, wszystko, co miała osiągnąć, marzenia,
przyszłość, wszystko zmieniło się w proch w odmętach czasu, którego nie
doświadczyła. Oszukała los, przeżywając w śnie tysiąclecia, czas, który powinna
obserwować z gwiazd, zza kurtyny śmierci, razem z ukochanymi, straconymi
bezpowrotnie. Tak jak z towarzyszami podróży, którzy wcale się nie obudzili.
Załkała, myśląc o tych, których kochała, o życiu,
które mogła przeżyć razem z nimi, a których zostawiła, opuszczając na zawsze.
Dłonie z palcami kurczowo wplecionymi we włosy osunęły
jej się po głowie, rozległ się cichutki, ledwo słyszalny trzask.
Wysunęła ręce przed siebie, patrząc na nie, na niegdyś
złociste, teraz matowe, sztywne włosy między palcami, odpęknięte od reszty jak
suche skorupy.
Przycisnęła drżące się dłonie do ust, by powstrzymać
krzyk. Serce biło jej jak dzwon, niczym kowalski miech pompując zastygłą w
przerażeniu krew jej żyłami, każdym uderzeniem serca odbijając się falą po
całym ciele.
Wtedy poczuła łaskotanie w środku nosa, gdy coś
spłynęło po wysuszonej śluzówce; odjęła dłonie, widząc w blasku tych wątłych
źródeł światła, jak na jej trupiobladej skórze pozostały ciemne, niemalże
czarne plamy krwi, skapującej gęstymi kroplami.
W pustce zalanych zimnem i mrokiem korytarzy statku
rozległ się przeszywający, pochodzący z głębi duszy, przepełniony cierpieniem
krzyk.
