8/16/22

Epilog

 

Zimna, zmaltretowana bryła statku kosmicznego przemierzała  bezwładnie pustkę, z wolna wirując na tle czerni nakrapianej jasnymi punkcikami odległych gwiazd, niby pyłek na czarnej płachcie, podziurawionej tysiącami szpilek.
     Niegdyś majestatyczny, lśniący bielą okręt badawczy, wyruszający w misję do odległych zakątków wszechświata, teraz cudem utrzymujący hermetyczność wrak, z ledwo tlącą się iskierką energii umierającego reaktora.
     Praktycznie bez zasilania, bez kontroli, z paroma jedynie sprawnymi systemami sunął bez dawnego celu, bez chwały, z której obdarł go czas, obita, odrapana skorupa, pozdzierana od wędrujących drobin, błąkał się od wielu lat, zliczanych jedynie przez pokładowy chronometr.
     Przez ten czas, odkąd utracił kontrolę ludzi, w ciągu wielu lat kolejne systemy ulegały awarii, przestawały funkcjonować, wyłączane przez centralny system sterowania, rozpaczliwie próbującego zachować działanie tych najważniejszych, póki i on nie umarł wraz z nimi, osamotniając jarzący się słabo czerwonymi cyframi chronometr, zostawiając kilka lamp awaryjnych wciąż świecących na posterunkach, milknąc, by już więcej nie przemówić do reaktora, dożywającego swych ostatnich chwil wśród buczenia resztek energii w przewodach.
     Okręt nie umierał. On był już martwy od dawna. Teraz zaczął się jego rozkład, ostania podróż zimnego trupa przez niewzruszony, wieczny wszechświat.

     Trupa zapomnianego, gdy nie było już komu go pamiętać, kiedy ci, którzy widzieli go ostatni raz nie żyli od tak dawna, że ich też już zapomniano.
     Niesłyszalnie w kosmicznej próżni trzeszczały rozpadające się, nadwyrężone części jednostki, utrzymującej się jako jedna bryła jedynie z czystego przypadku, jakby los twierdził: jeszcze nie, jeszcze chwilę potrzymajcie, rozpaść możecie się jutro, pojutrze, za dwa dni.
     Resztki powietrza stały nieruchomo w hermetycznym wnętrzu, reaktor buczał resztką energii, którą zdolny był wyprodukować, jednak nie doczekał się odpowiedzi głównego komputera, mogącego go opanować.
     Akurat wtedy, w jednym z wielu ciasnych duktów technicznych, wypełnionych kablami w sparciałych otulinach i starych, pustych już przewodów trzasnął snop iskier, gdy niestabilny reaktor westchnął trochę głośniej, przepalając stary kabel, zrywając kolejny z paru zaledwie działających jeszcze ciągów energetycznych.
     A był to ciąg niezwykle ważny. Gdyby spóźnił się jeszcze o kilka lat, wszystko nie miałoby już znaczenia, gdyż okręt stałby się prawdopodobnie tylko zbiorem luźnych części, lecących w jednym kierunku, teraz jednak przepięcie było decydujące.
     Zapoczątkowało ono jeszcze jedną historię, którą okręt mógł zobaczyć przed przemienieniem się w nicość, stopieniem z wszechświatem. Przedwiecznym, niewzruszonym, trwającym nieskończenie i bezkreśnie kosmosem. To w nim miał się rozegrać jeszcze jeden akt, być może ostatni, jaki ujrzy samotny wrak, który zapomniał o swoim celu i przeznaczeniu tak dawno, że już nawet tego nie pamiętał.
     Teraz miał szansę poznać jeszcze jedną historię, nim nareszcie odejdzie w spokoju.

*  *  *

Cztery hibernatory stały obok siebie, niczym sarkofagi, zbudowane, by służyć swoim panom. Trzy były martwe; puste, zszarzałe skorupy, w półmroku rozjaśnianego jedynie słabym poblaskiem lamp, dogorywających w ciszy.
     Ostatni jarzył się jeszcze paroma kontrolkami, dając znać zimnemu światu, że jeszcze żyje.
Wewnętrzny komputer stalowej trumny w agonii zarejestrował odcięcie głównego źródła zasilania i przejście na akumulatory, które po tylu latach nie miały prawa działać. W ostatnich chwilach funkcjonowania podjął decyzję o wybudzeniu podopiecznego, który oddał się mu w opiekę dawno temu, o którego troszczył się podczas kosmicznej podróży.
     Póki starczyło mu energii, rozpoczął procedurę szybkiego wybudzania, przerywając gwałtownie kriosen w zaprogramowanej przez twórców rozpaczliwej próbie ratowania człowieka.
     Nagłe wyrwanie z objęć sztucznego, mroźnego Morfeusza było niebezpieczne, mogące w zależności od gwałtowności i czasu do rozpoczęcia terapii skutkować śmiercią, było jednak lepsze niż wyłączenie się hibernatora podczas snu, gwarantujące pewny zgon.
     W ciszy panującej w nieruchomym pomieszczeniu wyraźnie syknęło rozszczelnione wieko nowoczesnego sarkofagu, jednak mechanizm otwierający zawiódł, pozostawiając jedynie wąską szczelinę, przez którą na zewnątrz wypływał obłok powietrza, zmieniającego się w parę z powodu różnicy temperatur.
     Ostatnie kontrolki zamrugały w agonii, w trosce upewniając się o stanie człowieka, nim powoli zgasły, dołączając do swych martwych braci po spełnieniu nadanego im przez twórców obowiązku.
     Proces przywracania człowieka do życia ze stanu pośredniego, między śmiercią, a snem został zapoczątkowany, trwając dalej samodzielnie, gdy poszczególne organy wznawiamy funkcjonowanie, a mózg wydostawał się ze stanu zawieszenia, przejmując na powrót kontrolę nad ciałem.
     Leżąca w hibernatorze kobieta ponownie zaczerpnęła powietrza.

*  *  *

Wciągnęła w płuca mroźne, kłujące niemiłosiernie tysiącem ostrych, lodowych igiełek powietrze w pierwszym od dawna oddechu. Boleśnie odetchnęła, biorąc następny wdech, i następny, gdy płuca bez jej świadomości rozpoczęły pracę, do której zostały stworzone.
     Jedną z pierwszych rzeczy, jakie poczuła, było zimno. Nie, raczej mróz. Mróz otulający ją bolesną kołdrą, gdy w samej bieliźnie skuliła się wewnątrz swej stalowej trumny, drżąc na ciele.
     Jednak to zimno było inne od zazwyczaj odczuwanego po wybudzeniu. Wtedy człowiek czuł je ze środka, wydostawało się z wnętrza ciała, natomiast to otoczenie grzało je, przez co musiano obniżać temperatury w komorach hibernatorów, by uczynić wybudzenie bardziej znośnym. Teraz nadciągało jednak z zewnątrz, powodując cierpienie kobiecie skulonej we wnętrzu oszronionego sarkofagu.
     Oddychała z trudem, nierówno, rwanie, trzęsąc się z zimna.
     Nie, nie może tak leżeć, to pewna śmierć, przemknęło jej przez myśl.
     Z wysiłkiem wyprostowała podkurczone kończyny, mierząc się z bólem rozciąganych mięśni, opierając dłonie na lodowatej, oszronionej powierzchni wieka, wykonanego poza ramą z transparentnego tworzywa, teraz nieprzejrzystego, i pchając, by je podnieść i uwolnić ze swego grobu, nim jest jeszcze w stanie.
     Pokrywa drgnęła, jednak nie była w stanie jej całkowicie podnieść bez pomocy mechanizmu kriokomory.
     Zaparła się nogami, pchając z całych sił, w rozpaczy próbując uwolnić z klaustrofobicznej przestrzeni, lekko rozjarzonej działającymi jeszcze lampami po bokach wyłożonego miękkim materacem wnętrza.
     Powoli, ociężale wieko poczęło się podnosić, gdy napierała na nie z całą siłą, na jaką mogła się zdobyć w tym stanie. Wreszcie znalazło się na tyle wysoko, że mogła się wygramolić z wnętrza na wolność, do zimnego, cichego pomieszczenia.
     Jęknęła z bólu, gdy postawiła stopę na lodowatej podłodze, jednak nie zatrzymała się, dostawiając drugą na parząco zimnej powierzchni i stając na równych nogach.
     Była wysoka, szczupła, ale dobrze zbudowana, co zawdzięczała wsparciu bioinżynierii, na dodatek wysportowana, dzięki czemu zdołała się wydostać z lodówki, w której spała. Jasne blond włosy zaplecione miała ciasno na głowie. Spojrzała na hibernator błękitnymi, przekrwionymi teraz oczami, widząc, jak z jego wnętrza wypływa para, spowodowana różnicą temperatur. I tutaj to na zewnątrz było zimniej niż w środku; w pomieszczeniu panowała niższa temperatura niż nawet w kriokomorze.
     Drżącą, osłabiona ręka zawiodła, ciężkie wieko wyślizgnęło się ze słabych palców, opadając z łomotem na swoje miejsce, i powodując rozsadzający bębenki w ciszy pustego okrętu huk, tak niepasujący do wszechobecnego spokoju, wręcz go profanujący.
     Kobieta skuliła się na jego dźwięk, kiedy jednak wybrzmiał, skoncentrowała się na dotarciu do szafek stojących pod ścianą naprzeciwko ustawionych obok siebie hibernatorów, zaledwie parę metrów, ale przepełnionych bólem promieniującym od podłogi zimniejszej niż lód.
     Chwiejnie dotarła do swojej szafki, chuchając po drodze na dłonie, by choć trochę je rozgrzać, u celu drżącymi, zdrętwiałymi palcami objęła uchwyt wykonany z żółtego, teraz jakby poszarzałego plastiku i pociągnęła, odblokowując stalowe drzwiczki.
     Rozwarła je lekko, nim musiała chwilę odpocząć, dysząc z wysiłku. We wnętrzu statku panowało bardzo niskie ciśnienie, utrudniające funkcjonowanie osobom, które się do niego nie przyzwyczaiły, co wymagało czasu, a ona dopiero co wyszła z hibernatora. Dobrze chociaż, że system zwiększył ilość tlenu w powietrzu, inaczej niechybnie by się udusiła.
     Po chwili kontynuowała, przemagając siebie, świadoma, jak skończy, jeśli nie dotrze do kombinezonu pokładowego i nie włączy jego ogrzewania.
     Szafka stanęła przed nią otworem, sięgnęła po pakunek z jej osobistym ubiorem, jednak hermetyczna, foliowa paczka leżącą na półce rozerwała się, gdy tylko wyjęła ją na zewnątrz, zawartość rozrzucając u jej stóp.
     Zacisnęła zęby, odrzucając porwany plastik i sięgając po leżący na podłodze kombinezon, jasnoszary z czarnymi wstawkami, dopasowany do ciała ubiór okrywający ją od stóp po szyję, nie licząc odkrytych dłoni i mogący zapewnić ocalenie od zamarznięcia.
     Założenie go nie było łatwe, ba, było zadaniem iście karkołomnym, jednak chęć przeżycia i ból, jaki odczuwało jej ciało były wystarczająco motywujące, by podołała temu zadaniu.
     Gdy tylko zapięła go pod szyję, skuliła się przed szafką, kucając, drżącym palcem próbując aktywować panel sterowania na przedramieniu i włączyć funkcję grzania. Co prawda materiały, z których był wykonany zapewniały komfort termiczny, jednak jej wyziębionemu ciału to nie starczało, potrzebowała więcej ciepła.
     Ale elektronika nie odpowiadała, martwa, tak jak ona sama mogła wkrótce być.
     Nie wiedząc, co robić, w żołądku zaległa ciężka gula, gdy strach zaczął ogarniać jej umysł, przez który przelatywały myśli, niczym maszyny pędzące po świetlistej autostradzie.
     Kurtki.
     W głowie zatrzymała się jedna myśl. W przedziale pasażerskim, znajdującym się tuż obok niego były kurtki, zamknięte w szafkach wraz z innymi ubraniami. One mogły ją uratować, nawet bez zasilania potrafiły ogrzać ciało i utrzymać temperaturę.
     Po raz kolejny zmusiła się do wysiłku i powstania z kucek. Zesztywniałe ciało zaprotestowało rwącym bólem, gdy się prostowała i uczyniła pierwszy krok w stronę otwartego wyjścia na ciemny, skąpany w niezgłębionej czerni korytarz.
     Jej hibernator znajdował się najdalej od korytarza, toteż miała do pokonania najdłuższą drogę, jednak z każdym krokiem mięśnie protestowały coraz mniej. A może to ona się do rwania przyzwyczajała?
     Dotarła do wyjścia, drzwi były odsunięte, chowając się niemal w całości w ścianie.
Oparła się o framugę, niemalże nie czując już odrętwiały mi dłońmi zimna metalu i spojrzała w głąb skąpanego w mroku korytarza. Nie było nawet śladu światła, chociażby tak wątłego jak w pomieszczeniu za jej plecami, pamiętała jednak rozkład korytarzy na tyle, by trafić do miejsca, do którego zdążała.
     Ruszyła przed siebie; z każdym ciężkim oddechem z jej ust wydobywała się mgiełka pary, a zęby szczękały na nierównym rytmie drżenia jej ciała, gdy niepewnie stawiała stopy jedna przed drugą, ręką podpierając się o ścianę, by nie zgubić się w wszechobecnej ciemności, a także nie stracić równowagi, wciąż nie ufając swym nogom.
     Wymacała załom ściany, framugę wejścia do bocznego pomieszczenia. Ostrożnie, z uwagą stawiając kroki, nie odstępując od ściany obok.
     Weszła do środka i obróciła w lewo, wyciągając przed siebie wolną rękę, szukając nią szaf, które zajmowały całą ścianę naprzeciwko, a których nie mogła dostrzec w eterycznej, pulsującej przed oczami ciemności.
     Dotknęła tworzywa, z którego wytworzone były drzwi szafy, ledwo czując jego fakturę pod palcami, które wydawały się jej wykonane z drewna miast żywej tkanki, wymacała uchwyt i otworzyła je.
     Chwilę później jej dłonie zanurzyły się wśród wiszących w środku ubrań z przeróżnych tworzyw w poszukiwaniu  kurtek, potrafiących zapewnić ciepło w niemal każdych warunkach, w jakich mógł się znaleźć człowiek i go potrzebować.
     Wreszcie znalazła, czując przyjemną podszewkę, którą już teraz zdawała się ogrzewać jej palce, choć było to z pewnością tylko złudzenie.
     Wyjęła ją z nową energią, rzucając plastikowy wieszak w głąb pomieszczenia, gdzie zniknął w ciemnościach że stukiem; zarzuciła ją na plecy, opatulając nią, drżąc z zimna, czekając, aż się rozgrzeje.
     Było jednak za zimno, by pojedyncza kurtka bez zasilania, które mogło szybko zwiększyć temperaturę wewnątrz dała radę przeciwko niemożliwemu wręcz mrozowi wewnątrz statku. Gdyby piekło było zimne, właśnie taka temperatura by w nim panowała, dręcząc nieszczęsnych śmiertelników bez końca.
     Sięgnęła głębiej, dobywając ocieplane spodnie, a potem otworzyła następną szafkę, biorąc drugą kurtkę i zarzucając na poprzednią, zapinając na całej długości i ściągając regulatory, by nawet odrobina powoli przybywającego wewnątrz ciepła nie uciekła z jej kokonu.
     Najchętniej zostałaby tak, jak stała, jednak gęsta ciemność niepokoiła ją, dręczyła, powróciła więc do poprzedniego pomieszczenia, plamy wątłego światła pośród otaczającej ją nieskończonej czerni.
     Straszliwie powoli, gdyż zmaltretowane ciało nie pozwalało na szybszy krok niż mozolne szuranie po podłodze, goniona strachem sączącym się z ciemności dotarła do pomieszczenia z trumnami hibernatorów, i skuliła się w kącie, pod szafkami, kucając i opierając o nie plecami, okutana w ogrzewające ubrania, bez ruchu próbując przetrwać w lodowym piekle, w jakie zmienił się jej statek.

*  *  *

Nie wiedziała, jak długo kucała tak skulona pod szafkami, powoli rozgrzewając się pod warstwami materiałów zaprojektowanych w tym celu. Nie wiedziała nawet, czy spała, czy nie, zawieszona w dziwnym stanie, niby świadomym, ale zamkniętym w sobie, bez poczucia czasu.
     Wkrótce przestała się trząść z zimna, w kończyny z bólem wróciło jej czucie, wręcz zaczynało jej być ciepło.
     W końcu podniosła głowę, obrzucając spojrzeniem całe pomieszczenie. Wstała z kucek, wciąż trzymając dłonie w głębokich, ciepłych jamach kieszeni, zdecydowana zrobić coś, cokolwiek, by przeżyć.
     Najpierw podeszła do pozostałych hibernatorów, spoglądając z przestrachem na szare panele pełne martwych kontrolek, obwieszczające dawną śmierć urządzenia. Bała się tego, co może ujrzeć pod transparentną pokrywą szczelnie zatrzaśniętą nad miękko wyłożonym wnętrzem, gdzie przed wylotem położyli się jej przyjaciele, stanowiący resztę załogi.
     Przełamując lęk zajrzała do środka, z ciężką gulą w żołądku, mdlącym strachem sączącym się w jej myślach, podpowiadający jej obrazy zwłok leżących w kriokomorach, zwłok jej towarzyszy śpiących snem, z którego mieli się już nie obudzić.
     Nie była świadoma tego, że wstrzymuje oddech, dopóki go nie wypuściła z ulgą, kiedy kamień ciążący jej na sercu spadł, uwalniając ją od swego ciężaru.
     Hibernatory były puste. Spojrzała przez lekko, delikatnie wręcz pomazaną od środka taflę na pokryte jasnym kurzem materace wewnątrz, wyściełające komorę.
     Pochyliła się, przyglądając pyłowi, który zalegał na tkaninach. Komory były zatrzaśnięte, więc skąd się tam znalazł?
     Co oni tu robili, dlaczego jej nie wybudzili?
     Co tu się stało?
     Nie mogła wymyślić żadnej sensownej odpowiedzi, odłożyła więc te pytania na później, spychając w głąb umysłu, skupiając na bieżących problemach, znacznie bardziej naglących niż prawda o wydarzeniach, które się tu rozegrały.
     Zamyśliła się; musi ustalić, co dalej.
     Najpierw chyba najlepiej udać się na mostek, stamtąd będzie mogła włączyć pozostałe systemy statku, w tym ogrzewanie i światło. Mimo, iż lubiła chłód, ta temperatura była za niska nawet dla niej.
     Najpierw przejrzała jednak zawartość szafek, szukając jakiegokolwiek źródła światła, znajdując co prawda kilka latarek, jednak żadna z nich nie działała, nie reagując na próby ich uruchomienia, martwe jak niemal wszystko dookoła.
     Chcąc, nie chcąc, ruszyła w stronę korytarza, znacznie żwawiej aniżeli poprzednio, kierując się tym razem w kierunku przeciwnym do uprzednio obranego, kiegdy walczyła ze swoim ciałem na drodze ku szafom z ubraniami będącymi ocaleniem.
     Szła wciąż powoli, wszakże jeszcze nie doszła do siebie po długim kriośnie, w którym znajdowała się znacznie dłużej, niż było to planowane, jak podejrzewała.
     Ręce zaplotła  a piersiach, kryjąc dłonie pod pachami, zakutane między zewnętrzną warstwą pierwszej kurtki a podszewką założonej na nią drugiej, ogrzewane przez nowoczesne, syntetyczne tkaniny i ciepłotę własnego ciała.
     Każdy z płytkich oddechów przynosił jej dyskomfort, jednak nie był już tak uciążliwy, jak zaraz po przebudzeniu, gdy nieświadome i nieposłuszne jeszcze jej powoli wypełzającej z objęć snu świadomości ciało odruchowo zaczerpnęło powietrza pełną piersią, sprawiając ból, na który bezwolna nie mogła wtedy zaradzić.
     Otoczona głęboką ciemnością, gdzie jedynym kontaktem ze statkiem była podłoga, o którą cicho stukały podeszwy butów straciła poczucie przestrzeni; gdyby nie dotyk stali pokładu pod stopami równie dobrze mogłaby dryfować w bezkresnej przestrzeni, machając bezskutecznie nogami.
     Wokół niej rozlegało się trzeszczenie konstrukcji, sączące ciemne, lepkie nitki strachu w jej umysł, wnikające w jego głąb i zatruwające myśli, podsuwające przerażające wizje jej końca w krótkiej agonii wśród kosmicznej pustki, które próbowała odepchnąć, zagłuszyć, z miernymi skutkami blokując je wątłym murem ustawionym wokół jej świadomości.
     Wyczuła coś przed sobą, co zagradzało jej drogę, przeczuciem, gdyż zmysł wzroku mógłby równie dobrze nie istnieć. Serce podskoczyło jej w piersi w pierwszym momencie, gdy zaskoczony umysł wyrzucił nagłą dawkę adrenaliny, wtłaczając ją w żyły, gdzie pędzącą krew zaniosła ją do wszystkich kończyn.
     Zaraz jednak się uspokoiła, domyślając się, że dotarła do grodzi oddzielającej koniec korytarza od sterówki, centrum statku, miejsca, z którego można było kontrolować wszystkie systemy. Najwidoczniej straciła poczucie przestrzeni tak bardzo, iż nie zauważyła, jaką odległość przeszła. Gdy się odwróciła, faktycznie, zobaczył w oddali plamę słabego światła padającego na korytarz z pomieszczenia, z którego rozpoczęła swą wędrówkę po okręcie, w odległości odpowiadającej tej dzielącej hibernatory od mostka. We wszechobecnym mroku zdawało się tkwić w morzu nicości, za słabe, by oświetlić cokolwiek poza ścianą, podłogą i sufitem  naprzeciwko wyjścia, które zdawały się zlewać w jedno, dryfując pośród nieskończonej czerni.
     Zwróciła się na powrót ku zamkniętej grodzi, prowadzącej na mostek jednostki, niemożliwej do łatwego rozwarcia bez energii, której brakowało, szczęśliwie jednak dla niej konstruktorzy przewidzieli podobne problemy, instalując awaryjny system otwierania.
     Wymacała na ścianie obok prostokątne żłobienie pokrywy, skrywającej korbę, mogącą otworzyć jej wejście do pomieszczenia stanowiącego mózg statku.
     Zastały mechanizm poddawał się powoli, a ona, osłabiona, zaciskała zęby z wysiłku, próbować go ruszyć, mierząc się zarówno z nieruchomą korbą, jak i bólem powodowanym kontaktem skóry z lodowato zimną powierzchnią, wbijającą igiełki mrozu w jej dłonie.
     Wreszcie statek się poddał, pozwalając jej z trudem rozewrzeć grube, stalowe grodzie na szerokość pozwalającą jej przecisnąć się na drugą stronę, pomiędzy dwiema ścianami wrót, przepychając się przez które zmuszona była wypuścić powietrze z płuc i z całych sił nie panikować, by nie utknąć na dobre w wąskiej przestrzeni.
     Udało jej się dostać do środka; przed nią w wszechobecnej ciemności zobaczyła pas iluminatora, za którym błyszczały odległe gwiazdy, niczym konfetti rozrzucone na nieskończonej, czarnej płachcie. Na pobliskich panelach mrugało kilka kontrolek, tak rozpaczliwie mało, gdy systemy wyłączały się jeden po drugim, kiedy zabrakło im opieki człowieka, mogącego zapobiec ich agonii.
     Potykając się, przypadła do jednego z paneli, próbując go uruchomić. W reakcji ekran rozbłysł jasno, przez oczy przyzwyczajone do mroku wbijając ostre szpile prosto w nerwy.
     Jęknęła, od razu tego żałując; nie zdawała sobie sprawy, jak umęczone i suche miała gardło, nim pierwszy dźwięk przez nie przewędrował. Będzie musiała potem udać się do dystrybutorów z jedzeniem po wodę i ambulatorium, by zażyć leków.
     Chwilę zajęło jej przyzwyczajenie się do ostrego, sztucznego światła, nim mogła zmrużonymi oczami spojrzeć na okrutnie jasny prostokąt. Przebiła się głęboko przez ociężale działający interfejs, docierając do ustawień ledwo trzymającego się okrętu i próbując włączyć światło, które jednak nie rozbłysło oraz zwiększając wskaźnik temperatury na mostku. Na ten czas były to dla niej rzeczy najważniejsze, nad resztą będzie mogła się skupić jak odpocznie.
     Opadła na stojący za nią, zainstalowany w podłodze wygodny fotel, który skrzypnął ostrzegawczo pod jej ciężarem, jednak ustał niewzruszony; skuliła się, podciągające kolana pod brodę i owijając ubraniem, by zachować ciepło, nim temperatura w powietrzu wzrośnie, obserwując parę, która wydobywała się z jej ust i nosa przy każdym oddechu, biały, przejrzysty opar szybko rozwiewający się w zimnym powietrzu.
     Ciekawość jednak nie dawała jej odpocząć, pytania, co się wydarzyło, podczas gdy spała, dlaczego załoga jej nie wybudziła i gdzie się podziali nie dawały jej wytchnienia, męcząc, zmuszając do przejrzenia logów w systemie.
     Szybko spostrzegła, że coś było nie tak, nie mogła przewinąć listy do początku, przestawiła więc widok od najstarszych, uzyskując wgląd w informacje zbierane przez komputer od momentu jego pierwszego uruchomienia, szybko przerzucając do ostatnich logów, podczas których ktoś używał systemu.
     Ale i tu coś się nie zgadzało, gdyż zgadzać nie mogło; ostatnia zarejestrowana działalność człowieka datowana była na dzień wylotu, zanim wszyscy udali się do hibernatorów, by przeczekać skok w nadprzestrzeni. Później nikt z załogi nie korzystał z urządzeń na pokładzie, co było niemożliwe, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że jej koledzy widocznie coś na okręcie zrobili, sądząc po pyle wysypanym w ich hibernatorach, cokolwiek to miało na celu.
     A usunąć wpisów się nie dało, specjalne oprogramowanie uniemożliwiało ingerencję w tą część systemu bez pozostawiania śladu.
     Jej umysł nie rozumiał całej tej sytuacji, krzyczał bez odpowiedzi: ,,Co tu się stało?!'', echem odbijając w jej głowie.
     Tknięta nagłym przeczuciem, opuściła nogi z powrotem na podłogę, podnosząc się z trzeszczącego lekko fotela, powoli odwracając twarzą w stronę konsolet po drugiej stronie mostka.
     Wzrok spoczął na wyraźnie widocznym w półmroku rozpraszany jedynie światłem ekranu za jej plecami chronometr, jarzący się złowrogą czerwienią na tle paru zaledwie działających jeszcze kontrolek, które mogłaby zliczyć na palcach rąk, blednących i niezauważalnych w jego mrocznym blasku.
     Z tej odległości nie mogła odczytać widniejących na nim cyfr, określających nie tylko godzinę, ale także i datę. Podchodziła powoli, starając się przedwcześnie nie spojrzeć na tę ostatnią informację, bojąc się popełnić pomyłkę z powodu mylnego rozczytania liczb. Poruszała się powoli, jakby zatopiona w gęstym, przejrzystym żelu, jakby specjalnie chcąc przeciągnąć moment poznania odpowiedzi.
     Spojrzała na niego dopiero, kiedy znalazła się bezpośrednio przed konsolą, na której widniały napawające ją takim irracjonalnym strachem, choć jeszcze nieznane liczby.
     Godzina 2:52.
     17 września.
     107388 roku.
     Zadrżała, czując, jak zawodzą ją nogi; osunęła się na zimne panele pokładu, nie czując jednak promieniującego od nich mrozu, szeroko otwartymi oczami wpatrując się w krwistoczerwone cyfry prosto przed jej twarzą, odbijające w wilgotnych gałkach o nienaturalnie rozszerzonych źrenicach.
     Spała ponad 105 000 lat.
     Sto pięć tysięcy lat.
     Jej ciałem wstrząsnęły spazmy. Ręce powędrowały do głowy, złapała się za nią, palce zaciskając kurczowo na ciasno związanych włosach, drżąc, słone, ciepłe łzy pociekła jej z oczu, znacząc swoją ścieżkę chłodnymi śladami.
     Jej życie powinno skończyć się dawno temu. Rodzina, znajomi, wszystko, co osiągnęła, wszystko, co miała osiągnąć, marzenia, przyszłość, wszystko zmieniło się w proch w odmętach czasu, którego nie doświadczyła. Oszukała los, przeżywając w śnie tysiąclecia, czas, który powinna obserwować z gwiazd, zza kurtyny śmierci, razem z ukochanymi, straconymi bezpowrotnie. Tak jak z towarzyszami podróży, którzy wcale się nie obudzili.
     Załkała, myśląc o tych, których kochała, o życiu, które mogła przeżyć razem z nimi, a których zostawiła, opuszczając na zawsze.
     Dłonie z palcami kurczowo wplecionymi we włosy osunęły jej  się po głowie, rozległ się cichutki, ledwo słyszalny trzask.
     Wysunęła ręce przed siebie, patrząc na nie, na niegdyś złociste, teraz matowe, sztywne włosy między palcami, odpęknięte od reszty jak suche skorupy.
     Przycisnęła drżące się dłonie do ust, by powstrzymać krzyk. Serce biło jej jak dzwon, niczym kowalski miech pompując zastygłą w przerażeniu krew jej żyłami, każdym uderzeniem serca odbijając się falą po całym ciele.
     Wtedy poczuła łaskotanie w środku nosa, gdy coś spłynęło po wysuszonej śluzówce; odjęła dłonie, widząc w blasku tych wątłych źródeł światła, jak na jej trupiobladej skórze pozostały ciemne, niemalże czarne plamy krwi, skapującej gęstymi kroplami.
     W pustce zalanych zimnem i mrokiem korytarzy statku rozległ się przeszywający, pochodzący z głębi duszy, przepełniony cierpieniem krzyk.