8/16/22

Tyche

Światła latarek cięły czerń, tańcząc gorączkowo na wilgotnych, zmurszałych ścianach tunelu. Wydobywały z ciemności obtłuczone, pokryte naroślami cegły i wystające spomiędzy nich, przeżarte rdzą stalowe elementy, błyskające osiadłymi na nich kroplami. Mlaśnięciom podeszw o zalegający podłoże muł akompaniowały ciężkie, świszczące oddechy dwójki uciekinierów. Niczego więcej nie słyszeli – dźwięk odbijał się od otaczających ich ścian, całkowicie wypełniając ich świat, ograniczający się teraz do zimnej, zawilgociałej kiszki głęboko pod ziemią.
    W końcu skaczący po całej, niezbyt imponującej szerokości korytarza snop wyłowił z atramentowej czerni pustkę, ziejącą w nierównej powierzchni ściany. Prowadzący zahamował bez ostrzeżenia, ślizgając w oblepiającym stopy szlamie; jego kompan spóźnił się o sekundę, wpadając na jego plecy. Odbił się, odruchowo łapiąc go za ubrania; obaj niemal upadli, jednak jakimś sposobem zdołali zachować równowagę.
    – Michał, co jest? – przez spazmatyczne sapanie przedarło się stłumione pytanie. Światło latarki oblało prowadzącego, odbijając się w szkłach maski przeciwgazowej i malując refleksami pokryty oleistą wodą ściekającą z sufitu kombinezon, w który był zawinięty.
    – Tutaj – wydyszał, zgięty w pół próbując złapać oddech. Jego klatka piersiowa falowała pod luźną warstwą gumy, trąba maski podrygiwała rytmicznie, zwieszając się z widniejącej na jego ramieniu torby. – Musimy iść tędy, dalej nie możemy.    – Tędy też nie! – zaoponował, tak samo zgięty w pół, ściskając w dłoni niewielki, zmatowiały ze starości pistolet. Obejrzał się, spoglądając w ciągnący się daleko poza zasięg słabych czołówek tunel, którym niechybnie zbliżał się pościg. Z każdą sekundą postoju odległość między nim a uciekinierami malała, tak jak szanse na wyjście z tego cało.
    – Posłuchaj, tam nie idę – wydyszał Michał, wskazując za siebie, w kierunku, w którym przed chwilą biegli. – Bez mapy nie znajdziesz wyjścia, a żadnej nie mam. Wolę ryzykować tutaj, niż tam. I tędy oni na pewno za nami nie pójdą.
    – Nie wiemy, jaka jest pogoda na górze. Jeśli pada, nie wyjdziemy stąd żywi. – Towarzysz wskazał palcem w gumowej rękawicy najpierw sufit i oddzieloną kilkunastoma metrami ziemi skażoną powierzchnię, a następnie dziurę obok nich, wygryzioną wprost w ścianie. Światło latarek prześlizgnęło się po krótkim, prowadzącym w dół kominie; dwa metry niżej znajdował się długi, prosty jak struna tunel, jeszcze mniejszy niż ten, w którym teraz przebywali.
    – Ja ryzykuję. Możesz iść sobie zdechnąć z głodu w labiryncie, albo dać im obedrzeć ze skóry, mnie to nie obchodzi. Idę tam, z tobą, czy bez ciebie – odparł, żywo gestykulując. Potem bez dalszego słowa usiadł na krawędzi otworu, nogi spuszczając w dół, stary karabin myśliwski kładąc obok siebie.
    – Broń mi tylko podaj – rzucił jeszcze, zsuwając w dół i znikając z widoku.
    Jego towarzysz obrócił nerwowo głową na boki, zza zaparowanych szkieł spoglądając w obie strony korytarza. Z wnętrza dziury dobiegł go zniecierpliwiony okrzyk Michała, zaklął więc siarczyście głosem oscylującym na granicy płaczu, podał karabin i sam zsunął się do otworu za nim.
    Wylądował z chlupotem w sięgającej kostek, zimnej wodzie. Spojrzał w dół, świecąc po nieprzejrzystej, pokrytej oleistymi plamami i brudem powierzchni. Gdyby miał ze sobą dozymetr usłyszałby paniczny wrzask urządzenia, popędzającego go do jak najszybszego udania się możliwie najdalej stąd. Nie miał go jednak, ba, nie widział żadnego od lat, a już z pewnością nie działającego.
    – Czyli jednak… – parsknął kompan, oglądając na niego. – Idziemy, im krócej tu jesteśmy, tym lepiej. – Ruszył pierwszy, rozchlapując mętną zawiesinę po ścianach. Te trzymały się blisko nich; gdyby oparł dłoń po jednej stronie i całkowicie wyprostował ramię, drugie przyciśnięte miałby do zmurszałego betonu.
    Szli pochyleni, jeden za drugim; wyprostować się nie dało, zaokrąglony sufit i tak już zwieszał się tuż ponad ich głowami. Michał za plecami słyszał regularne szuranie plastikowego kasku towarzysza o sklepienie.
    Szybko stracili poczucie czasu. W końcu nie mieli już żadnego pojęcia, jak długo szli, jaki dystans pokonali; droga zdawała się ciągnąć w nieskończoność, jakby przebierali nogami w miejscu, nie poruszając się ani metr do przodu. Zmurszały beton wszędzie wyglądał tak samo, sam korytarz biegł idealnie prosto, nie dając żadnych punktów odniesienia. Tylko przesuwające się miarowo ściany i nieustający chlupot, niemalże zagłuszający ciężkie, tłamszone przez maski oddechy, tworzące repertuar ich wędrówki. Tłuste, nabrzmiałe krople odrywały się od sklepienia, uderzając ich po głowach i spływając oleistymi strużkami po okrągłych, pokrytych mgiełką oddechów okularach, znacząc swe ścieżki drobinami brudu. Starali się ścierać je gumowymi rękawicami, lecz w efekcie tylko rozmazywali je po szkle.
    Słabe, brudnożółte światło obejmowało całą szerokość przejścia, malując cieniem wszelkie zagłębienia w nierównych ścianach, po kilku metrach niknąc w eterycznej czerni, rozganiając ją na chwilę, by na powrót zalała tunel się dopiero za ich plecami. Michał, prowadzący ich obu zmuszał się, by spoglądać od czasu do czasu w ciągnącą się przed nimi otchłań, by po kilku sekundach z ulgą wrócić spojrzeniem do mętnej zawiesiny tuż przed swoimi nogami. Jego kompan z kolei co chwila odwracał się, czując spojrzenie padające z ciemności, wwiercające się w jego plecy. Potykał się przy tym co chwila, i gdyby nie fakt, że towarzysz nie zwalniał, szedłby tyłem przez cały czas. W tamtym momencie mógłby niemal przysiąc, że coś obserwowało ich wędrówkę okryte całunami mroku.
    Michał stanął w pewnym momencie jak wryty, bez wcześniejszego ostrzeżenia. Jego towarzysz znów zareagował za późno, odbijając się od jego pleców, ten jednakże nie drgnął. Zastygli w bezruchu, w milczeniu wsłuchując się w chlupot skapującej ze sklepienia wody. Michał odezwał się dopiero po chwili; nawet przez gumę maski przeciwgazowej można było wyczuć napięcie w jego głosie.
    – Filip, kiedy weszliśmy woda sięgała nam tylko do kostek, tak?
    – Tak… tak. – odparł wpierw niepewnie, po chwili przytakując z przekonaniem. Spojrzał przy tym pod nogi, do połowy łydki zanurzone w przelewającej się zawiesinie zanieczyszczonej chemikaliami wody i brudu. – Może po prostu zeszliśmy trochę niżej…? – dodał drżącym głosem, rozumiejąc, o co mu chodzi.– Ten tunel biegnie idealnie poziomo. – Mimo, iż powiedział to normalnym tonem, aż nazbyt spokojnym mogłoby się zdawać, na końcu tkwiło coś jeszcze. Lepkiego, oleistego, jak czarna masa kotłująca się w ściśniętym gardle, pełzająca zimnymi mackami po języku. Panika. Czysty strach. Filip ponownie spojrzał w dół, teraz wyraźnie widząc, jak mętna tafla nieubłaganie pnie się po ich nogach w górę, jakby chciała ich połknąć niczym kolejne wykręcone przez radiację zwierzę.
    Jakby kierowani jednym umysłem rzucili się do przodu, rozchlapując wodę po ścianach, słysząc łomot krwi w uszach i własne chrapliwe oddechy wewnątrz masek. Płuca szybko zaczęły palić z braku tlenu, wzięcie każdego oddechu wymagało zassania go przez warstwy filtrów do wnętrza masek. Plecy promieniowały bólem – strop wisiał nisko, zmuszając ich pochylenia się.
    Wody regularnie przybywało, wkrótce zaczęła utrudniać bieg. Wpierw sięgnęła kolan, potem połowy ud, następnie pasa. Wtedy Michał zakrztusił się, wciągając ją do filtropochłaniacza schowanego w torbie, gumową, karbowaną rurą doprowadzającego oczyszczone powietrze do wnętrza maski. Poprzedni oddech był jak każdy inny, następny – jakby zakorkował wlot. Maska zapadła się, rozgrzana, pokryta kroplami potu i pary wodnej guma przykleiła się do twarzy. Potknął się, wpadając na ścianę, starał się jednak biec dalej, szarpiąc za rurę, by wyciągnąć filtr z torby. Po kilkunastu wypełnionych paniką sekundach wyrwał dużą, poobijaną i ociekającą wodą puszkę i wzniósł wyżej, wciągając powietrze do palących płuc.
    Filip naparł na jego plecy, pospieszając go w panice. Mimo bólu w klatce piersiowej zaczął żwawiej przebierać nogami, jednak obaj zwalniali, walcząc z naporem wciąż napływającej, gęstej wody. Refleksy słabego światła odbijały się we wzburzonej powierzchni, błyskając po oczach i malując żółtawe zajączki na ścianach.
    Woda w końcu sięgnęła klatki piersiowej, ostatecznie zmieniając bieg w powolne człapanie do przodu. Za luźne kombinezony hamowały ich, pod naporem nadymając się jak żagle i jeszcze bardziej utrudniając parcie do przodu. Michał nie widział towarzysza, czuł jednak padającą mu na plecy wodę, którą ten rozchlapywał rękoma, machając nimi panicznie jakby wspinał się po zwale gruzów. On sam nie mógł ich użyć, starał się bowiem trzymać puszkę filtra ponad oleistą taflą, czując w gardle pieczenie chemikaliów, które musiały przez niego przepłynąć i osadzić gdzieś w rurze. Karabin już dawno porzucił – jedynie go spowalniał i utrudniał utrzymanie starej, parokrotnie już łatanej puszki nad wodą. Miał nadzieję, że pistolet Filipa im wystarczy, o ile też go nie wyrzucił. I o ile wyjdą z tego przeklętego tunelu.
    W pewnym momencie wydało mu się, że coś oślizgłego przepłynęło obok niego, ocierając o nogi. Wzdrygnął się, czując gęstniejącą jeszcze bardziej gulę w żołądku. Maska zaczęła przytłaczać, tłamsić, zdawała się pułapką, wiedział jednak, że musi przezwyciężyć to wrażenie. Zdjęcie jej było w tej sytuacji najgorszą decyzją.
    Woda zdawała się przybywać coraz szybciej, bezlitośnie pnąc w górę, ku sklepieniu. Gdy zaczęła sięgać twarzy, Michał wzniósł filtr jeszcze wyżej, nad głowę, szorując nim o nierówny sufit. Przestał widzieć cokolwiek, rozbryzgi wody zaczęły zalewać mu szkła maski, parł więc naprzód na ślepo, byle wydostać się z ciasnego tunelu. Filip za jego plecami zakrztusił się i odchylił głowę do tyłu, by utrzymać wlot powietrza ponad przelewającą się, mieniącą okruchami światła taflą. Jego maska miała filtr przymocowany centralnie z przodu, nie mógł więc tak jak Michał unieść go w rękach, a jedynie wyciągać szyję ku górze.    
    Wkrótce woda zaczęła zalewać ich głowy, pozostawiając jedynie wąską przestrzeń tuż pod szczytem sklepienia. Michał w panice przyspieszył, wiedząc, że powietrze nad ich głowami zaraz zniknie. W uszach słyszał jedynie szum wody i bulgotanie, akompaniowane stłumionymi jękami Filipa za nim. Przed sobą widział tylko brudną, zmąconą dryfującymi drobinami wodę, ledwo rozświetlaną jakimś cudem działającą czołówką; światło za jego plecami zgasło, gdy zalała latarkę kolegi.
    Na plecach poczuł palce Filipa, w panice drapiącego przed siebie, próbującego się czegoś uchwycić. Przyspieszył, nie zważając na niego, czując rozchodzący się po żyłach lód i oddech niemal rozsadzający mu płuca. Ze ściśniętym gardłem przyciskał dno filtra do sufitu, oddychając głęboko ostatnimi haustami powietrza.
    Przy następnym wdechu maska zapadła się do środka, znów przyklejając się do twarzy, wciąż mokra, tym razem jednak zimna, ciągnąca za sobą chłód toksycznej, śmiertelnej otchłani oddzielonej jedynie warstwą gumy. W panice wciągnął powietrze mocniej, łudząc się, że zaraz odetchnie jak poprzednio. Zamiast tego na szkła maski strzeliły strugi wody, zalewając jej wnętrze, jego twarz i usta. Natychmiast przestał oddychać, starając wstrzymać odruch, gdy się nią zakrztusił. Zacisnął palące żywym ogniem oczy, czując pieczenie skóry podrażnionej chemikaliami, w panice prąc przed siebie, jeszcze rozpaczliwiej wyciągając ręce do przodu. Nie zważał już na płonące z wysiłku mięśnie, szum krwi skroniach, trzepoczące spazmatycznie w piersi serce. Zalaną puszkę filtra puścił, czuł teraz ciągnącą do tyłu, wypełnioną śmiercionośną wodą rurę maski, dłońmi machając do przodu w nadziei natrafienia na wyjście z pułapki.
    Płuca paliły coraz bardziej, wiedział, że długo nie wytrzyma. Zimna woda otulała go szczelnie, gęsta, oblepiająca go swymi lodowatymi mackami, chcąca zachować go na zawsze w ciemnej toni. Zacisnął palce na szyi, jakby próbował się sam udusić, w desperacji starając powstrzymać przed zaczerpnięciem śmiertelnego oddechu. W końcu jednak ciało go zawiodło, samoistnie biorąc wdech. Na przekór świadomości zaczerpnął głęboko, w jakiś absurdalny sposób licząc, że odetchnie powietrzem, pomimo świadomości, że tunel jest całkowicie zalany.
    Woda zalała gardło, przełyk, spłynęła do płuc, wypełniając je zimnem i palącym bólem żrących chemikaliów. Zatrząsł się spazmatycznie, w czystej, zwierzęcej panice rzucając do przodu, skrobiąc palcami po ścianach i kopiąc, mając wrażenie, jakby zalał go kwas, palący, rozpuszczający płuca od środka.
    Rzucał się w ciasnej kiszce głęboko pod ziemią, odbijając boleśnie od nieustępliwych ścian, czując jak z każdą sekundą słabnie; miał coraz mniej energii by się ruszać, gęsta, zimna woda tłumiła każde jego wierzgnięcie. Desperacko pragnął powietrza, jak jeszcze nigdy wcześniej. Czuł się coraz bardziej oszołomiony, zdezorientowany, jakby ktoś go czymś odurzył. Głowę miał napompowaną niczym balon, powieki rozwarły się mimowolnie, oczy od razu zapłonęły mocniej, jednak nie otrzeźwiło go to, czuł się tylko coraz bardziej senny, poruszał się coraz wolniej, coraz bardziej ociężale.
    W końcu potknął się i zaczął bezwładnie opadać na dno, przed oczami widząc powoli przepływające drobiny w gęstej niczym zupa zawiesinie, otaczającej go ze wszystkich stron. Poczuł uderzenie o podłogę korytarza, gdy opadł na sam dół, po drodze jakimś sposobem, czy to świadomie czy nie obracając się w poprzek i opierając plecami o ścianę. Przez gumę kombinezonu czuł nierówną powierzchnię wpijającą się w potylicę, jednak zignorował ją, tak jak palenie w płucach, gardle, zimne, żrące płomienie liżące oczy i twarz. Czuł wyłącznie spokój.
    Myśli coraz wolniej przelewały się w jego coraz bardziej otępiałym umyśle. Już nie panikował, siedząc spokojnie wśród otaczającego go szumu, czując, jakby dosłownie wypływał ze swojego ciała, jakby był tylko pobocznym obserwatorem wydarzeń.
    Widok przed oczami zaczynał ciemnieć, zawężać się, a może to tylko latarka się poddawała? Wkrótce wszystko zaczęło tracić kolor i oddalać, jakby patrzył wprost w tunel utkany z czystej czerni, powoli zawężający się i odcinający go od słabego światła wydobywającego z zimnych odmętów krążące beznamiętnie w wodzie drobiny. Porywane głaszczącymi go prądami, trudne do zidentyfikowania; strzępki ubrań, papieru, skóry? Kto wie?    
    Gdy ciemny tunel zaczął zawężać się coraz mocniej; obrócił głowę w bok, spoglądając w głąb zalanego korytarza, w kierunku, w którym zmierzał. Nie bał się już śmierci, nie myślał o towarzyszu, który został sam gdzieś w tyle, otoczony ciemnością, po prostu był i czekał. W blaknącym świetle zauważył w głębi tunelu ruch, choć mogło mu się wydawać. Po chwili jednak zobaczył przed sobą płynącą w jego kierunku twarz, smukłą, wyciągniętą, o ostrych rysach i zielonkawej skórze. Spomiędzy wąskich, ciągnących się przez znaczną szerokość lica warg zobaczył maleńkie, ostre niczym szpilki zęby, w długich rzędach wypełniających usta i duże, ciemne oczy, wszystko to otoczone unoszącą się naokoło aureolą włosów. W umyśle pojawiło się słowo: syrena. A może to były tylko zwidy? Czy w ogóle coś takiego mogło istnieć, nawet w tym postapokaliptycznym świecie?
    Podpłynęła do niego, wpatrując przez szkła maski wprost w oczy, nie czuł jednak strachu. Nie czuł już niczego. Siedział tylko i patrzył. Po chwili i ta twarz zaczęła blaknąć, aż nie rozpłynęła się w otaczającej go zewsząd czerni.