Grube, pancerne
grodzie rozwarło się na oścież, otwierając drogę do spowitego w duszącej
ciemności tunelu. Borys natychmiast odskoczył, jakby go ktoś oblał
wrzątkiem, wyciągając w stronę otworu uzbrojoną w długi pistolet rękę.
Kenneth wraz z Faraiem spojrzeli w kłębiący się za centrum dowodzenia
mrok, wypełniający stację niczym woda w zalanym wraku, ręce mając
uniesione do rzutu, dzierżąc odbezpieczoną granaty.
Czerń.
Cisza.
Pusty korytarz.
W słuchawkach hełmów dało się słyszeć oddechy ulgi towarzyszy. Opuścili ręce z bronią, dowódca wraz z medykiem zabezpieczyli i schowali do ładownic śmiercionośne walce, Borys natomiast wcisnął pistolet na powrót do kabury na udzie, sięgając po karabinek. Nie było ich w tym tunelu... Oby tak dalej. Zaczynał nawet wierzyć, że uda im się ich ominąć. To małe zwycięstwo dobrze wpłynęło na morale, które może niewiele, ale jednak się podniosło. Kenneth wiedział jednak, że to nie ma wielkiego znaczenia. I tak się na nich natkną, prędzej czy później. Wiedział to, gdyż jako jedyny sprawdził plany tej sekcji. Nie ważne, jaką drogę wybiorą do śluzy, każdy korytarz łączył się z głównym, blisko miejsca, gdzie te potwory skrobały o zamknięte grodzie.
– Dobrze, panowie... Idziemy – zakomenderował. Podwładni niezwłocznie przystąpili do niego, by wszyscy razem stworzyć trójkąt. Niestety, by ich zmotywować, musiał iść na przedzie, inaczej mogliby odmówić wykonania rozkazów. Zwłaszcza Farai.
Ruszyli w sączącą w ich serca strach czeluść stacji, ostrzami światła rozcinając lepką ciemność otulającą korytarz. Broń naładowana, selektory w pozycji automat.
Tu nie ma co się oszczędzać, kiedy chodzi o walkę o życie z tymi potworami. Zabij, albo zgiń.
Dochodzą do odnogi w lewo. Tam, kilkanaście metrów od nich czają się potwory. Gorsze od koszmarów. I, co ważniejsze, znacznie bardziej od koszmarów zabójcze.
Zatrzymują się, Borys i Farai ubezpieczają, przepełnieni adrenaliną, skupieni, pracujący na najwyższych obrotach, Kenneth zaś, z duszą na ramieniu i widmową dłonią zaciskającą się na szyi ostrożnie zbliża do załomu ściany. Lewą ręką opiera się o szarą stal, w drugiej dłoni, zaciśniętej nerwowo trzymając rękojeść karabinu. Klęka tu, przy zakręcie, wychyla ostrożnie, powoli, by nie wydać niepotrzebnego dźwięku, najpierw karabin, potem dopiero głowa i fragment tułowia. Snop światła przecina mrok, wydobywając z mroku zimne, beznamiętnie przypatrujące się ściany, sufit, podłogę. Ileż by dał za termowizję, albo chociażby noktowizję, zamiast świecić reflektorami! Niestety, nie byli wystarczająco dobrze wyposażeni, dopiero nowe kombinezony miały zainstalowane tryby wizyjne. Im ich nie przydzielili, wciąż musieli biegać w starych, ale nie ma co się dziwić, nie byli wystarczająco ważną jednostką, a ta misja nie miała przerodzić się w coś takiego...
Światło padło dalej, wydobywając z kurtyny ciemności ścianę przeciwległego tunelu. I pojedynczego stwora, który stojąc na czworakach, jak małpa właśnie zwrócił swą przerażającą, odczłowieczoną twarz w jego stronę, z dwoma błyszczącymi odbitym światłem oczyma, wlepiającymi w niego swój niewidzący wzrok.
Kiyoshi biegnie jak szalony, co chwila oglądając się za siebie, co rusz odbijając od zimnych, stalowych ścian korytarzy. Nie chce ginąć, chce żyć! Boże, proszę, nie daj mi zginąć!
Obiecuje sobie solennie, że odejdzie z wojska, jak tylko ten koszmar się skończy... Niech tylko się skończy...
Karabin zapodział gdzieś po drodze, ale i tak by mu się nie przydał, skoro tych potworów nie powstrzymają kule... One są nieśmiertelne, nie ważne, ile w takiego wpakował, on i tak na niego biegł, szedł, pełzł, byle tylko go dopaść, byle zatopić w nim zęby, rozszarpać, pożreć...
Umysł ogarnęła panika, młody żołnierz nie myślał już jasno, jedyne, na czym mu zależało, to znaleźć się jak najdalej od tego miejsca, tego cierpienia, tego strachu, goniących go poczwar...
Znów ogląda się do tyłu, widzi na końcu korytarza pędzące potwory, niby podobne do człowieka, ale nieludzkie, poruszające się jak zwierzęta, bezmyślne, gnane pragnieniem krwi... Kurwa, Kiyoshi, zamknij się! Nie myśl o tym!
Patrzy na wprost, zamknięte grodzie. Kurwa, kurwa, kurwa!
Uderza w nie ciałem, bije rękoma, wnet się opanowuje, odwraca, przyklejając plecami do stalowej ściany, odcinającej go od wolności, ratunku...
Potwory są coraz bliżej, już zaraz go dopadną. Rozgląda się nerwowo, wzrok pada na panel otwierania grodzi. No tak, jak mógł zapomnieć!
Szybko sięga ku przyciskom, spogląda na biegnące na czworakach stwory, skokami, zupełnie jak zwierzęta, są tuż tuż, uderza pięścią w panel...
Pierwsza z poczwar rzuca się do długiego skoku, zaraz się odbije i rzuci na niego, niech te grodzie się otworzy, otworzy!
W pierwszym momencie nie rozumie ani nagłego huku, ani dlaczego stopy odrywają się od podłoża. Olśnienie przychodzi ułamek sekundy później, ale wtedy leci już twarzą w podłogę, uderza w nią z siłą, którą go chwilowo ogłusza, gdy znów orientuje się w sytuacji już widzi uciekającą stację, i przestrzeń kosmiczną dookoła, czarne płótno nakrapiane gwiazdami, i rozświetloną planetę po prawej...
Nim system bezpieczeństwa odciął sekcję goniące go stwory zostały wyssane wraz z nim z rozerwanego korytarza, wirując dookoła tak jak on.
Patrzy, puchną, sinieją, przestają się ruszać... Nerwowy uśmiech wpełza na jego usta, jednak da się je zabić, nie są nieśmiertelne...! Pokonał je!
Wtedy wzrok skupia się na spękanym wizjerze tuż przed twarzą, mina mu rzednie, gdy słyszy złowieszczy syk uciekającego z kombinezonu powietrza...
Nie! Nie! Nie może tu umrzeć, nie po tym, nie tak! Patrzy na wyświetlany na HUD-dzie licznik czasu, w głowie szybko przelicza, za ile dotrze ,,Falanga", sprawdza, na ile czasu wystarczy mu powietrza...
Nie...
Nie...!
Nie!
Seria, rozbłysk wystrzałów, huk rozdzieranego powietrza, bieg. Wystarczył jeden, by reszta stworów ruszyła za nimi. Broń na niewiele się zdawała, granaty co prawda je powstrzymywały, ale rumor walki ściągał kolejne, żadne ich krwi kreatury.
– Biegnij, biegnij, biegnij! – krzyczał Kenneth do Borysa, nienadążającego za dwójką towarzyszy. Stał przy ścianie, prując krótkimi seriami w nadciągające stwory, spowalniając je, ale nie powstrzymując. Szpilcow nie miał już siły, dystans między nim a kolegami malał, jednakże odległość od goniących zmniejszała się jeszcze szybciej. Nie zauważyli, gdy zaczepił się o coś w korytarzu i pobiegli dalej, a on rozpaczliwie próbował do nich dołączyć.
Za Kennethem widniał zakręt, w który pobiegł Farai, by sprawdzić długi, prosty korytarz wiodący do zamkniętej śluzy towarowej. Jeśli do niej dotrą, będą bezpieczni w jej wnętrzu, ponadto po wyjściu możliwe będzie przesłanie sygnału na ,,Falangę". Jedyne, co musieli zrobić, to do niej dotrzeć.
– Śluza otwarta! – W słuchawkach rozległ się krzyk medyka, meldującego wykonanie zadania. W tym samym momencie Borys zaplątał się o własne nogi, a w broni Kennetha skończyła się amunicja.
Dowódca widział, jak podwładny upada na podłogę, jak potwory tuż za jego plecami skaczą na łatwą zdobycz, gdy świat jakby spowolnił, został zalany gęstym, przejrzystym żelem, kiedy sięgał po amunicję do kamizelki.
Pusta skorupa magazynka wysunęła się z gniazda broni, wolną ręka automatycznie odnalazła nowy, wyciągając go z ładownicy, krzyk Borysa rozdarł powietrze ze słuchawek hełmu, gdy cielsko stwora go przygniotło. Szary prostokąt wędrował do karabinu, gdy zęby wgryzły się w wojskowy kombinezon, zaciskając z nieludzką siłą, miażdżąc znajdujące się pod jego powierzchnią ciało. Połamane uzębienie wbiło się w wielowarstwowy ubiór, by wkrótce przedostać się przez jego strukturę i trafić na o wiele miększe ciało pod spodem. Magazynek trafił w otwór, trzasnął zwolniony zamek ładujący nabój do komory, z otworem trysnęła krew, wnętrze hełmu rozdzierał krzyk bólu, gdy huknęła seria, trafiając w leżący splot ciał. Zaraz za nią poleciała drugą, i kolejna, nie wywołując żadnego efektu.
Myśli przelatywały przez głowę Kennetha w błyskawicznym tempie, gdy wreszcie trafiła w niego jedyna opcja. Zawahał się, jednak po chwili opuścił lufę, zmieniając cel. Kule w ułamku sekundy pokonały odległość dzielącą broń od ciała, przebiły się bez trudu przez kompozytową warstwę hełmu i przeszyły głowę Borysa, rozrywając mózg i zabijając na miejscu.
Jak we śnie, oszołomiony Kenneth zawrócił i pobiegł w stronę śluzy i czekającego przy niej Faraia, który coś krzyczał, jednak dowódca nie potrafił zrozumieć co, jakby ktoś mu napchali waty w uszy.
Zostało jeszcze kilka metrów, kilka ostatnich metrów, jedynie chwilą, gdy krzyczący żołnierz przed nim podniósł broń do ramienia. Wtedy coś złapało go za nogę, obalając. Uderzył z impetem o stal podłogi, zaledwie chwilę później poczuł straszliwy ból w nodze. Przez zasłonę cierpienia przedarł się huk wystrzelonych pocisków, które przemknęły tuż nad jego głową.
Ktoś do niego podbiegł, to Farai. Chwycił go pod ramię, poderwał, zaczął ciągnąć, wciąż strzelając do tyłu. Byli już na progu służy, gdy potknął się o coś i przewrócił, odruchowo zaciskając palce na broni, i śląc resztę magazynka we wszystkie strony. Dookoła nich zadźwięczały rykoszety, Kenneth zaczął rozróżnić słowa, wracał do siebie po chwilowym szoku, ból też zelżał.
Farai rzucił się do panelu kontrolnego, by odciąć śluzę od korytarza, bije w nią, krzycząc, nadchodzące stwory były coraz bliżej. Kenneth, odpychając się od podłogi oddalał się od otwartej wciąż mimo wysiłków żołnierza grodzi, wyciągnął pistolet i począł bezowocnie strzelać na zewnątrz.
– Nie działa, nie działa! Nie mogę zamknąć! – krzyczał medyk, bezsilnie bijąc panel. Widocznie jeden z wystrzelonych omyłkowo przy upadku pocisków musiał uszkodzić system. Dowódca spojrzał w korytarz, zostało im zaledwie kilka sekund. Myśli przelatywały mu przez głowę, uczepił się jednej, by wykonać zadanie. Miał tylko jeden pomysł.
– Otwórz śluzę! – rozkazał. Farai spojrzał na niego przerażony, wiedząc, jak to się skończy.
– Ale wtedy... – zaoponował, jednak Kenneth nie dał mu dokończyć.
– Wiem! Otwieraj!
Żołnierz spojrzał na niego, potem na korytarz, gdzie nadciągała śmierć, sięgnął do panelu, zawahał się...
Z hukiem dekompresji wrota służy rozwarły się na całą szerokość, wysysając w przestrzeń kosmiczną obu żołnierzy wraz z goniącymi ich kreaturami.
Żołnierz człapał powoli ciemnym, zimnym korytarzem. Dłonią sunął po stalowej, szarej ścianie, podpierając się o nią, by utrzymać równowagę. Krew ściekała z kombinezonu, czarna jak smoła, i czerwona, niczym wino. Światło reflektorów z hełmu pływało po korytarzu, gdy co chwila tracił i znów odzyskiwał równowagę. Metal pistoletu trzymanego w garści szurał ścianę, gdy kawałek po kawałku posuwał się do przodu.
W ciasnej skorupie hełmu z każdym krokiem rozlegało się sapanie, niewychodzące jednak za zaplamiony krwią wizjer na cichy korytarz.
Ranny dotarł do załomu ściany, wejścia do jakiegoś pomieszczenia. Za jego plecami echo poniosło ciche skrobnięcie. Żołnierz zatoczył się, wchodząc do pomieszczenia, ciągnącego się kilka metrów w obie strony. Nie widział dokładnie zamglonym wzrokiem przez brudny wizjer, zarejestrował jakieś dwa stoły przed nim i przerwę pomiędzy. Podparł się o blat jednego, postąpił krok do przodu, jednak znów zatoczył, tracąc równowagę. Plecami uderzył o ścianę, odwrócony teraz twarzą do wejścia. Osunął się po niej, zostawiając wąskie smugi niezakrzepłej jeszcze krwi.
System dźwiękowy wychwycił kolejne szurnięcie na korytarzu i wzmocnił je wprost do uszu żołnierza, ten jednak go nie usłyszał.
Kaszlnął, potem parsknął pojedynczymi chichotem. Przegrał.
Tak się starał, tak walczył, by przeżyć. Stracił przyjaciół. Lidię, Kiyoshiego... Zabił Grantza. Zostawił go tam na pewną śmierć, na bolesną agonię.
Chciał przeżyć. Walczył jak zwierzę, przełamywał się, byle tylko zabić potwora i iść dalej, jak najdalej od tego koszmaru. Ale koszmar podążał za nim.
Zaśmiał się słabo, lekko rzeżąc, spojrzał na trzymany w dłoni pistolet, spoczywający na jego nogach.
Zabawne. Niepotrzebnie walczył. I tak nie miał szans wygrać. Bo jak wygrać z czymś aż tak nieludzkim, niemalże nieśmiertelnym? Porywanie się z motyką na słońce.
Podniósł broń na wysokość oczu. Heh, zawsze uciekał. Od problemów, od zagrożeń... Zawsze się poddawał. A teraz postanowił to zmienić. Śmieszne. Jakby miał jakąś szansę. Zaczął nerwowo chichotać.
W korytarzu rozległo się szuranie.
Adam przyłożył wylot lufy do skroni.
Walczył. Do końca. Do utraty sił. I dalej. To było jak gra. Ekstremalna, przeżyj, albo zgiń. Ale tak naprawdę od początku wiedział, jak to się skończy. Teraz już się śmiał, na ile potrafił z płucem przebitym przez złamane żebro. Nerwowo, rwanie, jak obłąkany. Jak szaleniec.
Grał.
Przegrał.
Nacisnął spust.
Czerń.
Cisza.
Pusty korytarz.
W słuchawkach hełmów dało się słyszeć oddechy ulgi towarzyszy. Opuścili ręce z bronią, dowódca wraz z medykiem zabezpieczyli i schowali do ładownic śmiercionośne walce, Borys natomiast wcisnął pistolet na powrót do kabury na udzie, sięgając po karabinek. Nie było ich w tym tunelu... Oby tak dalej. Zaczynał nawet wierzyć, że uda im się ich ominąć. To małe zwycięstwo dobrze wpłynęło na morale, które może niewiele, ale jednak się podniosło. Kenneth wiedział jednak, że to nie ma wielkiego znaczenia. I tak się na nich natkną, prędzej czy później. Wiedział to, gdyż jako jedyny sprawdził plany tej sekcji. Nie ważne, jaką drogę wybiorą do śluzy, każdy korytarz łączył się z głównym, blisko miejsca, gdzie te potwory skrobały o zamknięte grodzie.
– Dobrze, panowie... Idziemy – zakomenderował. Podwładni niezwłocznie przystąpili do niego, by wszyscy razem stworzyć trójkąt. Niestety, by ich zmotywować, musiał iść na przedzie, inaczej mogliby odmówić wykonania rozkazów. Zwłaszcza Farai.
Ruszyli w sączącą w ich serca strach czeluść stacji, ostrzami światła rozcinając lepką ciemność otulającą korytarz. Broń naładowana, selektory w pozycji automat.
Tu nie ma co się oszczędzać, kiedy chodzi o walkę o życie z tymi potworami. Zabij, albo zgiń.
Dochodzą do odnogi w lewo. Tam, kilkanaście metrów od nich czają się potwory. Gorsze od koszmarów. I, co ważniejsze, znacznie bardziej od koszmarów zabójcze.
Zatrzymują się, Borys i Farai ubezpieczają, przepełnieni adrenaliną, skupieni, pracujący na najwyższych obrotach, Kenneth zaś, z duszą na ramieniu i widmową dłonią zaciskającą się na szyi ostrożnie zbliża do załomu ściany. Lewą ręką opiera się o szarą stal, w drugiej dłoni, zaciśniętej nerwowo trzymając rękojeść karabinu. Klęka tu, przy zakręcie, wychyla ostrożnie, powoli, by nie wydać niepotrzebnego dźwięku, najpierw karabin, potem dopiero głowa i fragment tułowia. Snop światła przecina mrok, wydobywając z mroku zimne, beznamiętnie przypatrujące się ściany, sufit, podłogę. Ileż by dał za termowizję, albo chociażby noktowizję, zamiast świecić reflektorami! Niestety, nie byli wystarczająco dobrze wyposażeni, dopiero nowe kombinezony miały zainstalowane tryby wizyjne. Im ich nie przydzielili, wciąż musieli biegać w starych, ale nie ma co się dziwić, nie byli wystarczająco ważną jednostką, a ta misja nie miała przerodzić się w coś takiego...
Światło padło dalej, wydobywając z kurtyny ciemności ścianę przeciwległego tunelu. I pojedynczego stwora, który stojąc na czworakach, jak małpa właśnie zwrócił swą przerażającą, odczłowieczoną twarz w jego stronę, z dwoma błyszczącymi odbitym światłem oczyma, wlepiającymi w niego swój niewidzący wzrok.
Kiyoshi biegnie jak szalony, co chwila oglądając się za siebie, co rusz odbijając od zimnych, stalowych ścian korytarzy. Nie chce ginąć, chce żyć! Boże, proszę, nie daj mi zginąć!
Obiecuje sobie solennie, że odejdzie z wojska, jak tylko ten koszmar się skończy... Niech tylko się skończy...
Karabin zapodział gdzieś po drodze, ale i tak by mu się nie przydał, skoro tych potworów nie powstrzymają kule... One są nieśmiertelne, nie ważne, ile w takiego wpakował, on i tak na niego biegł, szedł, pełzł, byle tylko go dopaść, byle zatopić w nim zęby, rozszarpać, pożreć...
Umysł ogarnęła panika, młody żołnierz nie myślał już jasno, jedyne, na czym mu zależało, to znaleźć się jak najdalej od tego miejsca, tego cierpienia, tego strachu, goniących go poczwar...
Znów ogląda się do tyłu, widzi na końcu korytarza pędzące potwory, niby podobne do człowieka, ale nieludzkie, poruszające się jak zwierzęta, bezmyślne, gnane pragnieniem krwi... Kurwa, Kiyoshi, zamknij się! Nie myśl o tym!
Patrzy na wprost, zamknięte grodzie. Kurwa, kurwa, kurwa!
Uderza w nie ciałem, bije rękoma, wnet się opanowuje, odwraca, przyklejając plecami do stalowej ściany, odcinającej go od wolności, ratunku...
Potwory są coraz bliżej, już zaraz go dopadną. Rozgląda się nerwowo, wzrok pada na panel otwierania grodzi. No tak, jak mógł zapomnieć!
Szybko sięga ku przyciskom, spogląda na biegnące na czworakach stwory, skokami, zupełnie jak zwierzęta, są tuż tuż, uderza pięścią w panel...
Pierwsza z poczwar rzuca się do długiego skoku, zaraz się odbije i rzuci na niego, niech te grodzie się otworzy, otworzy!
W pierwszym momencie nie rozumie ani nagłego huku, ani dlaczego stopy odrywają się od podłoża. Olśnienie przychodzi ułamek sekundy później, ale wtedy leci już twarzą w podłogę, uderza w nią z siłą, którą go chwilowo ogłusza, gdy znów orientuje się w sytuacji już widzi uciekającą stację, i przestrzeń kosmiczną dookoła, czarne płótno nakrapiane gwiazdami, i rozświetloną planetę po prawej...
Nim system bezpieczeństwa odciął sekcję goniące go stwory zostały wyssane wraz z nim z rozerwanego korytarza, wirując dookoła tak jak on.
Patrzy, puchną, sinieją, przestają się ruszać... Nerwowy uśmiech wpełza na jego usta, jednak da się je zabić, nie są nieśmiertelne...! Pokonał je!
Wtedy wzrok skupia się na spękanym wizjerze tuż przed twarzą, mina mu rzednie, gdy słyszy złowieszczy syk uciekającego z kombinezonu powietrza...
Nie! Nie! Nie może tu umrzeć, nie po tym, nie tak! Patrzy na wyświetlany na HUD-dzie licznik czasu, w głowie szybko przelicza, za ile dotrze ,,Falanga", sprawdza, na ile czasu wystarczy mu powietrza...
Nie...
Nie...!
Nie!
Seria, rozbłysk wystrzałów, huk rozdzieranego powietrza, bieg. Wystarczył jeden, by reszta stworów ruszyła za nimi. Broń na niewiele się zdawała, granaty co prawda je powstrzymywały, ale rumor walki ściągał kolejne, żadne ich krwi kreatury.
– Biegnij, biegnij, biegnij! – krzyczał Kenneth do Borysa, nienadążającego za dwójką towarzyszy. Stał przy ścianie, prując krótkimi seriami w nadciągające stwory, spowalniając je, ale nie powstrzymując. Szpilcow nie miał już siły, dystans między nim a kolegami malał, jednakże odległość od goniących zmniejszała się jeszcze szybciej. Nie zauważyli, gdy zaczepił się o coś w korytarzu i pobiegli dalej, a on rozpaczliwie próbował do nich dołączyć.
Za Kennethem widniał zakręt, w który pobiegł Farai, by sprawdzić długi, prosty korytarz wiodący do zamkniętej śluzy towarowej. Jeśli do niej dotrą, będą bezpieczni w jej wnętrzu, ponadto po wyjściu możliwe będzie przesłanie sygnału na ,,Falangę". Jedyne, co musieli zrobić, to do niej dotrzeć.
– Śluza otwarta! – W słuchawkach rozległ się krzyk medyka, meldującego wykonanie zadania. W tym samym momencie Borys zaplątał się o własne nogi, a w broni Kennetha skończyła się amunicja.
Dowódca widział, jak podwładny upada na podłogę, jak potwory tuż za jego plecami skaczą na łatwą zdobycz, gdy świat jakby spowolnił, został zalany gęstym, przejrzystym żelem, kiedy sięgał po amunicję do kamizelki.
Pusta skorupa magazynka wysunęła się z gniazda broni, wolną ręka automatycznie odnalazła nowy, wyciągając go z ładownicy, krzyk Borysa rozdarł powietrze ze słuchawek hełmu, gdy cielsko stwora go przygniotło. Szary prostokąt wędrował do karabinu, gdy zęby wgryzły się w wojskowy kombinezon, zaciskając z nieludzką siłą, miażdżąc znajdujące się pod jego powierzchnią ciało. Połamane uzębienie wbiło się w wielowarstwowy ubiór, by wkrótce przedostać się przez jego strukturę i trafić na o wiele miększe ciało pod spodem. Magazynek trafił w otwór, trzasnął zwolniony zamek ładujący nabój do komory, z otworem trysnęła krew, wnętrze hełmu rozdzierał krzyk bólu, gdy huknęła seria, trafiając w leżący splot ciał. Zaraz za nią poleciała drugą, i kolejna, nie wywołując żadnego efektu.
Myśli przelatywały przez głowę Kennetha w błyskawicznym tempie, gdy wreszcie trafiła w niego jedyna opcja. Zawahał się, jednak po chwili opuścił lufę, zmieniając cel. Kule w ułamku sekundy pokonały odległość dzielącą broń od ciała, przebiły się bez trudu przez kompozytową warstwę hełmu i przeszyły głowę Borysa, rozrywając mózg i zabijając na miejscu.
Jak we śnie, oszołomiony Kenneth zawrócił i pobiegł w stronę śluzy i czekającego przy niej Faraia, który coś krzyczał, jednak dowódca nie potrafił zrozumieć co, jakby ktoś mu napchali waty w uszy.
Zostało jeszcze kilka metrów, kilka ostatnich metrów, jedynie chwilą, gdy krzyczący żołnierz przed nim podniósł broń do ramienia. Wtedy coś złapało go za nogę, obalając. Uderzył z impetem o stal podłogi, zaledwie chwilę później poczuł straszliwy ból w nodze. Przez zasłonę cierpienia przedarł się huk wystrzelonych pocisków, które przemknęły tuż nad jego głową.
Ktoś do niego podbiegł, to Farai. Chwycił go pod ramię, poderwał, zaczął ciągnąć, wciąż strzelając do tyłu. Byli już na progu służy, gdy potknął się o coś i przewrócił, odruchowo zaciskając palce na broni, i śląc resztę magazynka we wszystkie strony. Dookoła nich zadźwięczały rykoszety, Kenneth zaczął rozróżnić słowa, wracał do siebie po chwilowym szoku, ból też zelżał.
Farai rzucił się do panelu kontrolnego, by odciąć śluzę od korytarza, bije w nią, krzycząc, nadchodzące stwory były coraz bliżej. Kenneth, odpychając się od podłogi oddalał się od otwartej wciąż mimo wysiłków żołnierza grodzi, wyciągnął pistolet i począł bezowocnie strzelać na zewnątrz.
– Nie działa, nie działa! Nie mogę zamknąć! – krzyczał medyk, bezsilnie bijąc panel. Widocznie jeden z wystrzelonych omyłkowo przy upadku pocisków musiał uszkodzić system. Dowódca spojrzał w korytarz, zostało im zaledwie kilka sekund. Myśli przelatywały mu przez głowę, uczepił się jednej, by wykonać zadanie. Miał tylko jeden pomysł.
– Otwórz śluzę! – rozkazał. Farai spojrzał na niego przerażony, wiedząc, jak to się skończy.
– Ale wtedy... – zaoponował, jednak Kenneth nie dał mu dokończyć.
– Wiem! Otwieraj!
Żołnierz spojrzał na niego, potem na korytarz, gdzie nadciągała śmierć, sięgnął do panelu, zawahał się...
Z hukiem dekompresji wrota służy rozwarły się na całą szerokość, wysysając w przestrzeń kosmiczną obu żołnierzy wraz z goniącymi ich kreaturami.
Żołnierz człapał powoli ciemnym, zimnym korytarzem. Dłonią sunął po stalowej, szarej ścianie, podpierając się o nią, by utrzymać równowagę. Krew ściekała z kombinezonu, czarna jak smoła, i czerwona, niczym wino. Światło reflektorów z hełmu pływało po korytarzu, gdy co chwila tracił i znów odzyskiwał równowagę. Metal pistoletu trzymanego w garści szurał ścianę, gdy kawałek po kawałku posuwał się do przodu.
W ciasnej skorupie hełmu z każdym krokiem rozlegało się sapanie, niewychodzące jednak za zaplamiony krwią wizjer na cichy korytarz.
Ranny dotarł do załomu ściany, wejścia do jakiegoś pomieszczenia. Za jego plecami echo poniosło ciche skrobnięcie. Żołnierz zatoczył się, wchodząc do pomieszczenia, ciągnącego się kilka metrów w obie strony. Nie widział dokładnie zamglonym wzrokiem przez brudny wizjer, zarejestrował jakieś dwa stoły przed nim i przerwę pomiędzy. Podparł się o blat jednego, postąpił krok do przodu, jednak znów zatoczył, tracąc równowagę. Plecami uderzył o ścianę, odwrócony teraz twarzą do wejścia. Osunął się po niej, zostawiając wąskie smugi niezakrzepłej jeszcze krwi.
System dźwiękowy wychwycił kolejne szurnięcie na korytarzu i wzmocnił je wprost do uszu żołnierza, ten jednak go nie usłyszał.
Kaszlnął, potem parsknął pojedynczymi chichotem. Przegrał.
Tak się starał, tak walczył, by przeżyć. Stracił przyjaciół. Lidię, Kiyoshiego... Zabił Grantza. Zostawił go tam na pewną śmierć, na bolesną agonię.
Chciał przeżyć. Walczył jak zwierzę, przełamywał się, byle tylko zabić potwora i iść dalej, jak najdalej od tego koszmaru. Ale koszmar podążał za nim.
Zaśmiał się słabo, lekko rzeżąc, spojrzał na trzymany w dłoni pistolet, spoczywający na jego nogach.
Zabawne. Niepotrzebnie walczył. I tak nie miał szans wygrać. Bo jak wygrać z czymś aż tak nieludzkim, niemalże nieśmiertelnym? Porywanie się z motyką na słońce.
Podniósł broń na wysokość oczu. Heh, zawsze uciekał. Od problemów, od zagrożeń... Zawsze się poddawał. A teraz postanowił to zmienić. Śmieszne. Jakby miał jakąś szansę. Zaczął nerwowo chichotać.
W korytarzu rozległo się szuranie.
Adam przyłożył wylot lufy do skroni.
Walczył. Do końca. Do utraty sił. I dalej. To było jak gra. Ekstremalna, przeżyj, albo zgiń. Ale tak naprawdę od początku wiedział, jak to się skończy. Teraz już się śmiał, na ile potrafił z płucem przebitym przez złamane żebro. Nerwowo, rwanie, jak obłąkany. Jak szaleniec.
Grał.
Przegrał.
Nacisnął spust.