Pancerne grodzie
pozostawało zamknięte. Na panelu migał napis o awaryjnym zamknięciu od
wewnątrz. Żeby wejść do środka trzeba było wbić kod, znany wyższym
oficerom i osobom uprawnionym. Mógłby go uzyskać od załogi
,,Falangi'', ta jednak jeszcze przez kilkanaście godzin będzie poza
zasięgiem, jedynymi możliwościami dostania się do środka było więc
przebić się siłą przez grodzie albo zhakować system. Tak więc
teraz pod ścianą siedział po turecku Borys Szpilcow, jedyny z nich
potrafiący włamać się do systemu, trzymając niewielki tablet podpięty
kablami do otwartego siłą panelu. Niestety, akurat ten system nie miał
połączenia bezprzewodowego, musieli więc się podłączyć w bardziej
tradycyjny sposób. Mruczał do siebie pod nosem, grzebiąc w kilkunastu
oknach naraz. Kenneth kilka razy spojrzał na ekran, stwierdzając
każdorazowo, że przy tej czarnej magii to nawet on wymięka.
W końcu haker sapnął zwycięsko, z szerokim uśmiechem na twarzy pokazując uniesiony w górę kciuk. Szybko pozbierał się z podłogi i odpiął sprzęt, chowając go do zasobnika na kamizelce.
– Oddział gotowość! – zakrzyknął dowódca. Wszyscy ustawili się na pozycjach: Kenneth wraz z Sybillą naprzeciwko grodzi, Borys przy panelu, Farai osłaniał tyły.
Szpilcow wcisnął przycisk otwierania, po czym od razu odsunął się, podnosząc broń do ramienia.
Przez korytarz przetoczył się szczęk blokad, następnie grodzie rozwarło się lekko z cichym sykiem, po czym oba skrzydła rozsunęły się na boki.
Kenneth pierwszy wkroczył do pomieszczenia, towarzysze zaraz za nim, świecąc na boki.
– Cholera jasna! – powiedziała Sybilla, widząc wnętrze centrum dowodzenia stacji.
– No te żeśmy ich, kurwa, znaleźli. – dodał Szpilcow.
W pomieszczeniu znajdowały się gnijące ciała, należące do oficerów i obsługi centrum. Część siedziała na fotelach, parę leżało na ziemi. Żołnierze obeszli pomieszczenie dookoła, wyławiając z ciemności światłami reflektorów niemych uczestników dramatu, który rozegrał się przed dwoma laty.
– Czysto. – po kolei meldowali żołnierze, sprawdzając całe pomieszczenie.
– Dobrze. Sybilla osłaniaj wejście. – polecił jej, następnie rozdysponował resztę swoich ludzi.
– Farai, obejrzyj te ciała. Borys, spróbuj włączyć komputery.
Podwładni niezwłocznie zabrali się do wykonywania poleceń. Sybilla zajęła pozycję przy grodzi, oświetlając korytarz, z którego przyszli i pilnując, żeby nikt się nie zbliżył. To, że nikogo nie napotkali i mało prawdopodobne było, że ktoś przeżył na tej stacji nie oznaczało wcale, że mogli zignorować podstawowe zasady bezpieczeństwa. Szpilcow zatarł ręce z uciechą i zabrał się do prób uruchomienia martwego sprzętu dookoła. Farai natomiast przeszedł w kąt, pochylając się nad rozkładającym się ciałem leżącym pod boczną grodzią.
Kenneth przeszedł się dookoła pomieszczenia z wyspą dowodzenia pośrodku, rozstawiając niewielkie, przenośne lampki, pozwalające chociaż trochę rozjaśnić ciemne wnętrze.
– Dowódco, tu zespół drugi, korytarz do reaktora zniszczony. Rozpierdoliło na amen. – zameldował w pewnym momencie Omar, przedzierając się przez zakłócenia na kanale radia. – Musimy iść dookoła.
– Przyjąłem. Pospieszcie się, w miarę możliwości.
– Przyjąłem. – zakończył transmisję. Kenneth tymczasem podszedł to speca od elektroniki zobaczyć, jak mu idzie.
– Nic z tego, szefie, zdechły. – uprzedził pytanie Borys, odwracając okutaną w hełm głowę w jego kierunku. – Póki Omar nie odpali głównego zasilania nic tu nie zdziałam.
– Rozumiem. Przed chwilą złapał kontakt, mówi, że korytarz poszedł w pizdu. Idą właśnie okrężną drogą, przekazałem, żeby się pospieszył.
– No to mamy chwilę luzu. – odparł tamten, zakładając ręce za głowę i odchylając się w fotelu.
– Mam zamknąć grodzie? Sybilla trochę odpocznie.
Kenneth namyślał się na chwilę, rozważając propozycję, nim zapytał.
– Dasz radę je potem otworzyć? Nie chcę skończyć jak oni. – Wzrokiem wskazał na trupa siedzącego na pobliskim fotelu. Obraz nie był zbyt przyjemny, ciało w zaawansowanym rozkładzie nie należy do najładniejszych rzeczy, jakie można zobaczyć. Dzięki Bogu, że nie musieli wdychać powietrza na zewnątrz kombinezonów.
– Jasne, o ile awaryjne nie wysiądzie, na co się raczej nie zapowiada. Cholerstwo przetrwa wszystko.
Dowódca jeszcze chwilę rozważał słowa podwładnego nim zdecydował.
– Zostaw otwarte. Oni zamknęli, zobacz, jak skończyli.
Borysowi zrzedła mina, wcześniej nie pomyślał, że załoga wewnątrz pomieszczenia teoretycznie też mogła stąd wyjść...
Kenneth z uśmiechem klepnął go w ramię, skierował się następnie w stronę oglądającego ciała Faraia. Stanął z boku, obserwując pracującego żołnierza, nie chcąc mu przerywać w oględzinach.
– Ale szef wie, że mogę pracować i rozmawiać jednocześnie? – odezwał się murzyn w pewnym momencie, oglądając głowę trupa, delikatnie obracając ją, by spojrzeć z innej strony.
– Nie chciałem cię rozpraszać. – odparł, składając ramiona na klatce i opierając o konsole za sobą. – No więc co masz?
– Nic dobrego, szefie. Rany postrzałowe. – odpowiedział, przechodząc na kanał prywatny. Oho, coś jest na rzeczy.
Kenneth zmarszczył brwi. Postrzałowe? Zastrzelono ich? Nie, grodzie były zamknięte awaryjnie, z zewnątrz nie da się tego zrobić. Strzelali do siebie? Ale... dlaczego?
– To znaczy? Strzelali między sobą?
– Nie do końca... – odparł zmieszany medyk.
– Samobójstwo? – dopytywał Kenneth.
– Właśnie chodzi o to, że część została rozstrzelana... A reszta popełniła samobójstwo.
– Dupa, panowie, dupa. – powiedział Omar, odchodząc od okienka w cienkiej grodzi wewnętrznej. Mapa w rogu pola widzenia wyraźnie wskazywała drogę przez korytarz za stalową zasłoną, był tylko jeden problem - korytarza za nią nie było. Musiał najwyraźniej oberwać jakimś śmieciem gdyż całą sekcja została roztrzaskana. Po drugiej stronie niewielkiego okienka można było dojrzeć jedynie przestrzeń kosmiczną i przeciwległe grodzie kilkanaście metrów dalej.
– Korytarz rozpiździło w drobny mak.
– To co teraz? – zapytał José, niepewnie świecąc na wszystkie strony. Atmosfera w tym miejscu potęgowała nastrój niepokoju, wokół unosiła się delikatna mgiełka od przeraźliwe zimnych grodzi. Zasłona miała utrzymać jedynie hermetyczność, nie miała izolacji termicznej. Opary wokół jaśniały w światłach reflektorów, pływały poruszone przez pęd powietrza, który wytwarzali, sprawiając upiorne wrażenie. Jakby nie dość mieli emocji bez tego...
– Musimy iść okrężną drogą – wytłumaczył lekko zirytowany, następnie odruchowo obrócił się do niech plecami, jakby to miało coś zmienić. Spróbował połączyć się z Kennethem, na kanale szumy i trzaski zakłóceń... W końcu złapał sygnał. Nareszcie!
– Dowódco, tu zespół drugi, korytarz do reaktora zniszczony. Rozpierdoliło na amen – zameldował, przedzierając się przez zakłócenia na kanale radia. – Musimy iść dookoła.
– Przyjąłem. Pospieszcie się, w miarę możliwości – odparł po chwili dowódca.
– Przyjąłem. – Omar zakończył transmisję, odwracając się twarzą z powrotem w kierunku czekających towarzyszy. Pospieszcie się, dobre sobie! Pewnie siedzi w przytulnym centrum dowodzenia, a nie zasuwa po upiornych korytarzach z wystraszonymi żołnierzami.
– Na co się gapicie? Ruszamy! – rozkazał ostro. Próbował tak nie dopuścić do wybuchu paniki. To miejsce dziwnie działało na człowieka... Jeśli będą się koncentrować na czymś innym, mniej się skupią na strachu. Omar również...
Poszli dalej korytarzem, szukając innej drogi do reaktora. Wkrótce światła latarek zniknęły w oddali. Za sobą zostawili białą, falującą mgiełkę, muskaną prądami powietrza wywołanymi ruchem...
Jasne, białe światło przesunęło się po zagraconych stołach, wydobywając z ciemności kształty porzuconych w nieładzie przedmiotów. Po chwili czwórka żołnierzy wkroczyła do wnętrza, rozchodząc się po pomieszczeniu i ostrożnie rozglądając. Pusto. Tak jak wszędzie.
Podczas eksploracji sekcji badawczej nie natknęli się na żadne oznaki życia. Jedynymi śladami obecności człowieka były bałagan i krew, zaschnięta dawno temu i plamiąca wszystko naokoło.
Nie mieli kontaktu z resztą zespołów, na kanale uświadczyli jedynie szumu i trzasków zakłóceń. Byli zdani tylko na siebie.
Poszukiwali poszlak, mogących dać odpowiedź, co wydarzyło się tutaj, doprowadzając do utarty stacji. Po dwóch latach było to utrudnione, niestety podróż międzygwiezdna do tego odległego systemu trwała długo i nie sposób było jej skrócić.
– Masz coś? – zapytał Adam Grantza, przeglądającego papiery walające się na stole kilka metrów od niego.
– Nic. Wszystko zachlapane krwią, a i tak nic ważnego – odparł żołnierz ponurym głosem.
– Tutaj też nic – dodał od siebie Kiyoshi, przeszukujący szafki wraz z Lidią.
– W porządku, nic tu nie znajdziemy. Idziemy dalej – zdecydował w końcu dowódca po dalszych, równie bezowocnych poszukiwaniach. Ruszyli do wejścia do dalszej sekcji. Szli pustym korytarzem, nerwy mając napięte jak postronki. Kiyoshi wyskoczył z nieśmieszny żartem, z którego chichotali, wszystko, byle nie ulec strachowi wsączającemu w ich umysły przez samą ciemność.
Po lewej zamknięte drzwi. Lidia i Grantz osłaniają, Kiyoshi pilnuje tyłów. Adam otwiera, wkracza pierwszy. Broń przy ramieniu, światło przesuwa się po podłużnym, wąskim pomieszczeniu. Po prawej światło odbija się od tafli szkła zajmującej całą ścianę, po lewej stoły zastawione delikatną, ażurową aparaturą. Wchodzi głębiej, z przodu pusto, bardziej skupia się na lewej stronie, mnóstwo miejsca na pułapkę. Chyba czysto, tylko śmieci...
W hełmach rozległ się przeraźliwy krzyk Lidii, wwiercający się w uszy i raniący je niczym szpile, za plecami rumor. Adam odwraca się błyskawicznie, lufa szuka zagrożenia. Lidia leży na ziemii, oparta o zarzuconą ma kupę aparaturę w przerwie między gładkimi stołami. Spojrzał na jej twarz, jest na granicy paniki, oczy wilgotne, wargi drżą... Karabin trzęsie się w rękach, światło pada na taflę przed nią, Adam podąża za nim wzrokiem...
– Cholera jasna przenajświętsza! – krzyknął, widząc obraz za szybą. Wcześniej światło odbiło się od tafli pod ostrym kątem, nie widział więc, co się za nią kryje...
Przed przerażoną Lidią, oddzielony jedynie warstwą szkła stał nagi trup. Jak stał, a nie leżał? Nie wiedział, może brak grawitacji utrzymywał go w pionie? Chociaż wtedy raczej powinien unosić się bezwładnie w powietrzu, ale może jakoś tak wyszło, że wygląda jakby stał? Mniejsza.
Nie sam trup ich przeraził, co raczej jego wygląd. Zżółciała skóra, pokryta czerwonymi wybroczynami, łysy, bez choćby śladów włosów. Wytrzeszczone oczy, żółte, pokryte gęsta siecią grubych żył, bez tęczówek, źrenice jak główki od szpilek. Poliki rozerwane, jakby ktoś rozwarł mu szczękę do granic...
– Co to, kurwa, ma być?! – nie wytrzymał Grantz. Głos miał głuchy, jakby dobiegał z głębi grobu.
Kiyoshi milczał, zszokowany, z lekko rozwartymi ustami, gapiąc się na przerażające ciało. Adam też nie potrafił się wysłowić, gardło miał ściśnięte przez strach. Z trudem przełknął ślinę, rozkazał Grantzowi przejść przed niego i osłaniać wyjście po drugiej stronie pomieszczenia, sam spróbował połączyć się z dowódcą. W słuchawkach odezwał się tylko upiorny szum, wypełniając ciasną skorupę hełmu. Przestąpił z nogi na nogę, spróbował jeszcze raz, znów bezskutecznie.
Trzeba się zająć Lidią, na razie zostawił ją w spokoju, nie wie, jak zareaguje, jeśli ja dotknie w tym stanie. Niech się uspokoi...
Tym razem krzyk był jeszcze bardziej przenikliwy. Adam szarpnął się gwałtownie, spojrzał na koleżankę, potem znów na zwłoki...
Trup wcześniej miał lekko pochyloną głowę, teraz stał prosto, wbijając przerażające spojrzenie w Lidię. Powoli, upiornie rozwarł szczękę, niemożliwie szeroko, aż oparła się o jego gardło. Nie wydał z siebie żadnego dźwięku... Rzucił się na szybę, wciąż w milczeniu, bijąc i skrobiąc o taflę zbrązowiałymi, połamanymi paznokciami, chcąc się do nich dostać. Lidia krzyknęła, huk wystrzałów rozszedł się po pomieszczeniu, błysk wylotowy rozjaśnił mrok. Po szkle wokół miejsc trafienia rozeszły się okrągłe siatki pęknięć, ciało potwora szarpane było pociskami, bryzgając ciemną krwią na szkło. Magazynek się skończył, wystrzały zamilkły, jedynym dźwiękiem był brzęk toczących się po ziemi łusek. Lufa trzymanego kurczowego karabinu drgała, Lidia oddychała ciężko, płaczliwie, łzy ciekły jej po twarzy. Ciało oparte o spękaną taflę zjechało po niej, zostawiając za sobą czarne, dosłownie czarne smugi. Pod zmasakrowanymi zwłokami zbierała się smolista plama. Ciszę wokół przerywały ciężkie oddechy towarzyszy, słyszane tylko w ich hełmach.
Adam spojrzał na swoje dłonie trzymające karabin. Nawet nie zwrócił uwagi, że się trzęsą, ba, cały drży na ciele. Kiyoshi powoli kucnął, oparł się o stół za sobą i skulił, trzymając za głowę, Lidia chlipała, leżąc na zniszczonej aparaturze.
– Fuck! Fuck, fuck, fuck, fuck! – wydarł się Grantz. Już nie panował nad sobą, rzucił karabinem w stół, zaczął go kopać, napompowany adrenaliną i przeszyty strachem nie zwracał uwagi na otoczenie.
– Grantz! Spokój! – Krzyknął w końcu Adam, przemagając ściśnięte że strachu gardło. Spokój, dobre sobie, sam ledwo nad sobą panował. Na rosłego żołnierza krzyk jednak podziałał, przestał bezmyślnie wyładowywać agresję na stole. Cóż, tego się nie spodziewał, ale może być.
– Musimy stąd spierdalać – powiedział do niego Adam, pochodząc i klękając przed Kiyoshim. Trzeba ich jakoś uspokoić, żeby mogli iść stąd i skontaktować się z dowództwem.
Po kilku minutach udało się uspokoić Kiyoshiego i trochę Lidię, wystarczająco, by spadać stąd jak najdalej.
Wyszli na następny korytarz i udali się mniej więcej w stronę centrum dowodzenia, na ile mogli określić kierunek. Najważniejsze było wyrwać się stąd i zawiadomić Kennetha o tym, co znaleźli. I modlić się, by nie znaleźć tego więcej.
W końcu haker sapnął zwycięsko, z szerokim uśmiechem na twarzy pokazując uniesiony w górę kciuk. Szybko pozbierał się z podłogi i odpiął sprzęt, chowając go do zasobnika na kamizelce.
– Oddział gotowość! – zakrzyknął dowódca. Wszyscy ustawili się na pozycjach: Kenneth wraz z Sybillą naprzeciwko grodzi, Borys przy panelu, Farai osłaniał tyły.
Szpilcow wcisnął przycisk otwierania, po czym od razu odsunął się, podnosząc broń do ramienia.
Przez korytarz przetoczył się szczęk blokad, następnie grodzie rozwarło się lekko z cichym sykiem, po czym oba skrzydła rozsunęły się na boki.
Kenneth pierwszy wkroczył do pomieszczenia, towarzysze zaraz za nim, świecąc na boki.
– Cholera jasna! – powiedziała Sybilla, widząc wnętrze centrum dowodzenia stacji.
– No te żeśmy ich, kurwa, znaleźli. – dodał Szpilcow.
W pomieszczeniu znajdowały się gnijące ciała, należące do oficerów i obsługi centrum. Część siedziała na fotelach, parę leżało na ziemi. Żołnierze obeszli pomieszczenie dookoła, wyławiając z ciemności światłami reflektorów niemych uczestników dramatu, który rozegrał się przed dwoma laty.
– Czysto. – po kolei meldowali żołnierze, sprawdzając całe pomieszczenie.
– Dobrze. Sybilla osłaniaj wejście. – polecił jej, następnie rozdysponował resztę swoich ludzi.
– Farai, obejrzyj te ciała. Borys, spróbuj włączyć komputery.
Podwładni niezwłocznie zabrali się do wykonywania poleceń. Sybilla zajęła pozycję przy grodzi, oświetlając korytarz, z którego przyszli i pilnując, żeby nikt się nie zbliżył. To, że nikogo nie napotkali i mało prawdopodobne było, że ktoś przeżył na tej stacji nie oznaczało wcale, że mogli zignorować podstawowe zasady bezpieczeństwa. Szpilcow zatarł ręce z uciechą i zabrał się do prób uruchomienia martwego sprzętu dookoła. Farai natomiast przeszedł w kąt, pochylając się nad rozkładającym się ciałem leżącym pod boczną grodzią.
Kenneth przeszedł się dookoła pomieszczenia z wyspą dowodzenia pośrodku, rozstawiając niewielkie, przenośne lampki, pozwalające chociaż trochę rozjaśnić ciemne wnętrze.
– Dowódco, tu zespół drugi, korytarz do reaktora zniszczony. Rozpierdoliło na amen. – zameldował w pewnym momencie Omar, przedzierając się przez zakłócenia na kanale radia. – Musimy iść dookoła.
– Przyjąłem. Pospieszcie się, w miarę możliwości.
– Przyjąłem. – zakończył transmisję. Kenneth tymczasem podszedł to speca od elektroniki zobaczyć, jak mu idzie.
– Nic z tego, szefie, zdechły. – uprzedził pytanie Borys, odwracając okutaną w hełm głowę w jego kierunku. – Póki Omar nie odpali głównego zasilania nic tu nie zdziałam.
– Rozumiem. Przed chwilą złapał kontakt, mówi, że korytarz poszedł w pizdu. Idą właśnie okrężną drogą, przekazałem, żeby się pospieszył.
– No to mamy chwilę luzu. – odparł tamten, zakładając ręce za głowę i odchylając się w fotelu.
– Mam zamknąć grodzie? Sybilla trochę odpocznie.
Kenneth namyślał się na chwilę, rozważając propozycję, nim zapytał.
– Dasz radę je potem otworzyć? Nie chcę skończyć jak oni. – Wzrokiem wskazał na trupa siedzącego na pobliskim fotelu. Obraz nie był zbyt przyjemny, ciało w zaawansowanym rozkładzie nie należy do najładniejszych rzeczy, jakie można zobaczyć. Dzięki Bogu, że nie musieli wdychać powietrza na zewnątrz kombinezonów.
– Jasne, o ile awaryjne nie wysiądzie, na co się raczej nie zapowiada. Cholerstwo przetrwa wszystko.
Dowódca jeszcze chwilę rozważał słowa podwładnego nim zdecydował.
– Zostaw otwarte. Oni zamknęli, zobacz, jak skończyli.
Borysowi zrzedła mina, wcześniej nie pomyślał, że załoga wewnątrz pomieszczenia teoretycznie też mogła stąd wyjść...
Kenneth z uśmiechem klepnął go w ramię, skierował się następnie w stronę oglądającego ciała Faraia. Stanął z boku, obserwując pracującego żołnierza, nie chcąc mu przerywać w oględzinach.
– Ale szef wie, że mogę pracować i rozmawiać jednocześnie? – odezwał się murzyn w pewnym momencie, oglądając głowę trupa, delikatnie obracając ją, by spojrzeć z innej strony.
– Nie chciałem cię rozpraszać. – odparł, składając ramiona na klatce i opierając o konsole za sobą. – No więc co masz?
– Nic dobrego, szefie. Rany postrzałowe. – odpowiedział, przechodząc na kanał prywatny. Oho, coś jest na rzeczy.
Kenneth zmarszczył brwi. Postrzałowe? Zastrzelono ich? Nie, grodzie były zamknięte awaryjnie, z zewnątrz nie da się tego zrobić. Strzelali do siebie? Ale... dlaczego?
– To znaczy? Strzelali między sobą?
– Nie do końca... – odparł zmieszany medyk.
– Samobójstwo? – dopytywał Kenneth.
– Właśnie chodzi o to, że część została rozstrzelana... A reszta popełniła samobójstwo.
– Dupa, panowie, dupa. – powiedział Omar, odchodząc od okienka w cienkiej grodzi wewnętrznej. Mapa w rogu pola widzenia wyraźnie wskazywała drogę przez korytarz za stalową zasłoną, był tylko jeden problem - korytarza za nią nie było. Musiał najwyraźniej oberwać jakimś śmieciem gdyż całą sekcja została roztrzaskana. Po drugiej stronie niewielkiego okienka można było dojrzeć jedynie przestrzeń kosmiczną i przeciwległe grodzie kilkanaście metrów dalej.
– Korytarz rozpiździło w drobny mak.
– To co teraz? – zapytał José, niepewnie świecąc na wszystkie strony. Atmosfera w tym miejscu potęgowała nastrój niepokoju, wokół unosiła się delikatna mgiełka od przeraźliwe zimnych grodzi. Zasłona miała utrzymać jedynie hermetyczność, nie miała izolacji termicznej. Opary wokół jaśniały w światłach reflektorów, pływały poruszone przez pęd powietrza, który wytwarzali, sprawiając upiorne wrażenie. Jakby nie dość mieli emocji bez tego...
– Musimy iść okrężną drogą – wytłumaczył lekko zirytowany, następnie odruchowo obrócił się do niech plecami, jakby to miało coś zmienić. Spróbował połączyć się z Kennethem, na kanale szumy i trzaski zakłóceń... W końcu złapał sygnał. Nareszcie!
– Dowódco, tu zespół drugi, korytarz do reaktora zniszczony. Rozpierdoliło na amen – zameldował, przedzierając się przez zakłócenia na kanale radia. – Musimy iść dookoła.
– Przyjąłem. Pospieszcie się, w miarę możliwości – odparł po chwili dowódca.
– Przyjąłem. – Omar zakończył transmisję, odwracając się twarzą z powrotem w kierunku czekających towarzyszy. Pospieszcie się, dobre sobie! Pewnie siedzi w przytulnym centrum dowodzenia, a nie zasuwa po upiornych korytarzach z wystraszonymi żołnierzami.
– Na co się gapicie? Ruszamy! – rozkazał ostro. Próbował tak nie dopuścić do wybuchu paniki. To miejsce dziwnie działało na człowieka... Jeśli będą się koncentrować na czymś innym, mniej się skupią na strachu. Omar również...
Poszli dalej korytarzem, szukając innej drogi do reaktora. Wkrótce światła latarek zniknęły w oddali. Za sobą zostawili białą, falującą mgiełkę, muskaną prądami powietrza wywołanymi ruchem...
Jasne, białe światło przesunęło się po zagraconych stołach, wydobywając z ciemności kształty porzuconych w nieładzie przedmiotów. Po chwili czwórka żołnierzy wkroczyła do wnętrza, rozchodząc się po pomieszczeniu i ostrożnie rozglądając. Pusto. Tak jak wszędzie.
Podczas eksploracji sekcji badawczej nie natknęli się na żadne oznaki życia. Jedynymi śladami obecności człowieka były bałagan i krew, zaschnięta dawno temu i plamiąca wszystko naokoło.
Nie mieli kontaktu z resztą zespołów, na kanale uświadczyli jedynie szumu i trzasków zakłóceń. Byli zdani tylko na siebie.
Poszukiwali poszlak, mogących dać odpowiedź, co wydarzyło się tutaj, doprowadzając do utarty stacji. Po dwóch latach było to utrudnione, niestety podróż międzygwiezdna do tego odległego systemu trwała długo i nie sposób było jej skrócić.
– Masz coś? – zapytał Adam Grantza, przeglądającego papiery walające się na stole kilka metrów od niego.
– Nic. Wszystko zachlapane krwią, a i tak nic ważnego – odparł żołnierz ponurym głosem.
– Tutaj też nic – dodał od siebie Kiyoshi, przeszukujący szafki wraz z Lidią.
– W porządku, nic tu nie znajdziemy. Idziemy dalej – zdecydował w końcu dowódca po dalszych, równie bezowocnych poszukiwaniach. Ruszyli do wejścia do dalszej sekcji. Szli pustym korytarzem, nerwy mając napięte jak postronki. Kiyoshi wyskoczył z nieśmieszny żartem, z którego chichotali, wszystko, byle nie ulec strachowi wsączającemu w ich umysły przez samą ciemność.
Po lewej zamknięte drzwi. Lidia i Grantz osłaniają, Kiyoshi pilnuje tyłów. Adam otwiera, wkracza pierwszy. Broń przy ramieniu, światło przesuwa się po podłużnym, wąskim pomieszczeniu. Po prawej światło odbija się od tafli szkła zajmującej całą ścianę, po lewej stoły zastawione delikatną, ażurową aparaturą. Wchodzi głębiej, z przodu pusto, bardziej skupia się na lewej stronie, mnóstwo miejsca na pułapkę. Chyba czysto, tylko śmieci...
W hełmach rozległ się przeraźliwy krzyk Lidii, wwiercający się w uszy i raniący je niczym szpile, za plecami rumor. Adam odwraca się błyskawicznie, lufa szuka zagrożenia. Lidia leży na ziemii, oparta o zarzuconą ma kupę aparaturę w przerwie między gładkimi stołami. Spojrzał na jej twarz, jest na granicy paniki, oczy wilgotne, wargi drżą... Karabin trzęsie się w rękach, światło pada na taflę przed nią, Adam podąża za nim wzrokiem...
– Cholera jasna przenajświętsza! – krzyknął, widząc obraz za szybą. Wcześniej światło odbiło się od tafli pod ostrym kątem, nie widział więc, co się za nią kryje...
Przed przerażoną Lidią, oddzielony jedynie warstwą szkła stał nagi trup. Jak stał, a nie leżał? Nie wiedział, może brak grawitacji utrzymywał go w pionie? Chociaż wtedy raczej powinien unosić się bezwładnie w powietrzu, ale może jakoś tak wyszło, że wygląda jakby stał? Mniejsza.
Nie sam trup ich przeraził, co raczej jego wygląd. Zżółciała skóra, pokryta czerwonymi wybroczynami, łysy, bez choćby śladów włosów. Wytrzeszczone oczy, żółte, pokryte gęsta siecią grubych żył, bez tęczówek, źrenice jak główki od szpilek. Poliki rozerwane, jakby ktoś rozwarł mu szczękę do granic...
– Co to, kurwa, ma być?! – nie wytrzymał Grantz. Głos miał głuchy, jakby dobiegał z głębi grobu.
Kiyoshi milczał, zszokowany, z lekko rozwartymi ustami, gapiąc się na przerażające ciało. Adam też nie potrafił się wysłowić, gardło miał ściśnięte przez strach. Z trudem przełknął ślinę, rozkazał Grantzowi przejść przed niego i osłaniać wyjście po drugiej stronie pomieszczenia, sam spróbował połączyć się z dowódcą. W słuchawkach odezwał się tylko upiorny szum, wypełniając ciasną skorupę hełmu. Przestąpił z nogi na nogę, spróbował jeszcze raz, znów bezskutecznie.
Trzeba się zająć Lidią, na razie zostawił ją w spokoju, nie wie, jak zareaguje, jeśli ja dotknie w tym stanie. Niech się uspokoi...
Tym razem krzyk był jeszcze bardziej przenikliwy. Adam szarpnął się gwałtownie, spojrzał na koleżankę, potem znów na zwłoki...
Trup wcześniej miał lekko pochyloną głowę, teraz stał prosto, wbijając przerażające spojrzenie w Lidię. Powoli, upiornie rozwarł szczękę, niemożliwie szeroko, aż oparła się o jego gardło. Nie wydał z siebie żadnego dźwięku... Rzucił się na szybę, wciąż w milczeniu, bijąc i skrobiąc o taflę zbrązowiałymi, połamanymi paznokciami, chcąc się do nich dostać. Lidia krzyknęła, huk wystrzałów rozszedł się po pomieszczeniu, błysk wylotowy rozjaśnił mrok. Po szkle wokół miejsc trafienia rozeszły się okrągłe siatki pęknięć, ciało potwora szarpane było pociskami, bryzgając ciemną krwią na szkło. Magazynek się skończył, wystrzały zamilkły, jedynym dźwiękiem był brzęk toczących się po ziemi łusek. Lufa trzymanego kurczowego karabinu drgała, Lidia oddychała ciężko, płaczliwie, łzy ciekły jej po twarzy. Ciało oparte o spękaną taflę zjechało po niej, zostawiając za sobą czarne, dosłownie czarne smugi. Pod zmasakrowanymi zwłokami zbierała się smolista plama. Ciszę wokół przerywały ciężkie oddechy towarzyszy, słyszane tylko w ich hełmach.
Adam spojrzał na swoje dłonie trzymające karabin. Nawet nie zwrócił uwagi, że się trzęsą, ba, cały drży na ciele. Kiyoshi powoli kucnął, oparł się o stół za sobą i skulił, trzymając za głowę, Lidia chlipała, leżąc na zniszczonej aparaturze.
– Fuck! Fuck, fuck, fuck, fuck! – wydarł się Grantz. Już nie panował nad sobą, rzucił karabinem w stół, zaczął go kopać, napompowany adrenaliną i przeszyty strachem nie zwracał uwagi na otoczenie.
– Grantz! Spokój! – Krzyknął w końcu Adam, przemagając ściśnięte że strachu gardło. Spokój, dobre sobie, sam ledwo nad sobą panował. Na rosłego żołnierza krzyk jednak podziałał, przestał bezmyślnie wyładowywać agresję na stole. Cóż, tego się nie spodziewał, ale może być.
– Musimy stąd spierdalać – powiedział do niego Adam, pochodząc i klękając przed Kiyoshim. Trzeba ich jakoś uspokoić, żeby mogli iść stąd i skontaktować się z dowództwem.
Po kilku minutach udało się uspokoić Kiyoshiego i trochę Lidię, wystarczająco, by spadać stąd jak najdalej.
Wyszli na następny korytarz i udali się mniej więcej w stronę centrum dowodzenia, na ile mogli określić kierunek. Najważniejsze było wyrwać się stąd i zawiadomić Kennetha o tym, co znaleźli. I modlić się, by nie znaleźć tego więcej.