Przepastne komory
uzbrojenia Walkirii H zamknęły się, gdy ciężki myśliwiec
uderzeniowy wtaczał się na wyznaczone stanowisko w hangarze.
Widoczni w jeszcze otwartym kokpicie piloci pochylali się nad
otaczającymi ich ekranami, przeprowadzając diagnostyki systemów.
Dookoła nich wrzała praca, powietrze wypełnione było zgiełkiem
ludzi przemieszczających się pomiędzy masywnymi maszynami,
szczękiem ładowanego uzbrojenia, sygnałami ostrzegawczymi oraz
płynącymi z interkomu komunikatami.
Siedzący z tyłu mężczyzna odetchnął głęboko do wnętrza
hełmu, obserwując jak nad jego głową zamyka się owiewka,
przykryta grubą, pancerną osłoną. Na krótki moment otoczyła go
ciemność, rozświetlona jedynie bladym blaskiem ekranów nim
pokrywające sklepienie wyświetlacze rozbłysły, ukazując widok
panujący na zewnątrz maszyny. Jakość była wyśmienita; gdyby nie
wiedział lepiej zarzekałby się, że był prawdziwy, że patrzy
przez szkło na rzeczywisty obraz, a nie tylko przekaz z pęków
kamer rozmieszczonych na pancernej pokrywie.
Obrona przeciwlotnicza w rejonie misji była wyjątkowo silna, przeciwnik rzucił przeciwko nim sprzęt z ich najwyższej półki. Wciąż maszyny Legionu były bardziej zaawansowane technologicznie, jednak ich przewaga zmniejszyła się niekomfortowo.
To dlatego między nim a pilotem nie rozbrzmiewały zwyczajowe pogaduchy okraszone garściami wisielczego humoru, zastąpione teraz napiętymi głosami, lakonicznymi odpowiedziami i koncentracją na postawionym przed nimi zadaniu.
– Grand Slam na stanowisku – odezwał się 048, jego głos wyraźnie słyszalny we wnętrzu hełmu.
Maszyna drgnęła gdy platforma na której stała zaczęła opuszczać się wraz z nią do wnętrza wyrzutni. Ze swojego miejsca 059 widział, jak krawędź pokładu przesuwa się wokół nich, zastąpiona stalowymi ścianami. Strop nad ich głowami zamknął się, odcinając od świateł hangaru; rozbłysły lampy ostrzegawcze, oznajmiające rozpoczęcie odsysania atmosfery, malując ściany komory gorączkowymi refleksami.
Dało się wyczuć delikatne drgnięcie kadłuba, gdy zaczepy katapulty uchwyciły podwozie. Wraz z 048 zaczął wypełniać ostatnie procedury przedstartowe, przewijając listę wyświetloną na elastycznym tablecie przyczepionym do uda. Na ekranach pojawiały się i znikały paski postępu oraz zielone komunikaty mówiące o tym, że wszystko było w jak najlepszym porządku. On z kolei w głębi duszy miał cichą nadzieję, że za chwilę wyskoczy jakiś błąd, odbijając się w jego wizjerze krwistą czerwienią, choć dobrze wiedział, że ten lot odbędzie się w ten czy inny sposób. Skoncentrował się na checkliście, starając zająć czymś umysł.
Paliwo: pełne.
Uzbrojenie: zabezpieczone.
Silniki: ciąg jałowy.
RCS1: Ok.
Elektronika: Ok.
Hydraulika: Ok.
Nawigacja i łączność: Ok.
HUD2: Ok.
Katapulta: uzbrojona.
– Grand Slam, tu Sentinel, będziemy was eskortować. Oczekujemy na wasz start – rozległ się głos na radiu.
– Grand Slam gotów, proszę o pozwolenie na start – nadal w odpowiedzi pilot, zgłaszając się do centrum kontroli startów.
Na końcu krótkiego, ciągnącego się przed nimi tunelu pojawiła się szczelina gdy grube, pancerne wrota zaczęły się rozwierać, ujawniając przestrzeń poza pokładem krążownika.
– Tu kontrola, przyjąłem. Wyrzutnia OK, wasz status OK. Udzielam pozwolenia na start. Udanych łowów.
– Dzięki. Choć dzisiaj nie my polujemy. – Po słowach 048 na kanale na krótki moment zapadło grobowe milczenie.
– Uwaga: start – Gdy głos się w końcu odezwał zdawał się nieco bardziej mechaniczny i płaski niż przed chwilą.
Przeciążenie wgniotło ich w siedzenia, miażdżąc o oparcia gdy elektromagnetyczna katapulta wystrzeliła maszynę poza okręt. Sekundę później płynęli bezwładnie przez przestrzeń wysoko ponad przypominającą z wyglądu Mars planetą, oddalając od krążownika.
Płomienie strzeliły z dysz manewrowych, obracając maszynę; 059 zadarł głowę, obserwując powoli zmniejszającą się bryłę okrętu dopóki pilot nie uruchomił silników, a jednostka momentalnie nie zniknęła za ich ogonem.
Gdy prędkość zmalała na tyle, by pozwolić na deorbitację dysze zgasły, a deltoidalny myśliwiec obrócił się ponownie, ustawiając brzuchem w kierunku lotu, przygotowując się do hamowania aerodynamicznego. HUD pozwolił przeniknąć wzrokiem kadłub między ich nogami, wyświetlającymi obraz odległego horyzontu oraz korytarza wejścia.
Otoczyła ich luźna konstelacja standardowych Walkirii, mniejszych, szybszych oraz zwinniejszych, wyznaczonych na ich stróżów i obrońców. Kanał radiowy spowijała jednak rzadko i na krótko przerywana cisza; żaden z pilotów nie miał ochoty na rozmowę, redukując łączność do absolutnego minimum. 059 mógł się założyć, że każda załoga tak jak oni wpatrywała się w przyrządy, starając koncentracją zagłuszyć wszystko inne.
Temperatura poszycia zaczęła wkrótce powoli wzrastać w miarę jak tarcie rzadkiej atmosfery planety rosło. Kadłub kompresował ją przed sobą, aż rzadkie płomienie plazmy strzeliły wokół krawędzi maszyny, otaczając ją eterycznymi smugami.
Pamiętał pierwszy raz, gdy wszedł w atmosferę, gdzie efekt był jeszcze bardziej wyrazisty, gdy w znacznie gęstszym powietrzu maszynę otoczył kokon płomieni. Wpatrywał się wtedy w nie jak urzeczony, chłonąc jego piękno. Z biegiem czasu i rosnąca liczbą lotów na karku widok spowszedniał, jednak zachwyt nie zniknął całkowicie. Teraz jednak nie był w stanie się nim cieszyć, pochłonięty walką z zdenerwowaniem.
Hamowanie było łagodniejsze i dłuższe niż zwykle; atmosfera stanowiła zaledwie parę procent ziemskiej, co jednocześnie wszystko ułatwiało, jakimi utrudniało. Schodzili stromo, żeby skrócić drogę wejścia.
Gdy barwne języki zaczęły znikać maszyny obróciły się i wytrąciły więcej prędkości ciągiem silników, po czym wyrównały lot.
Lecieli teraz na niskim ciągu, wystarczającym, by utrzymać ich w rzadkim powietrzu. Aktywne kamuflaże dopasowały zabarwienie poszyć do palety otoczenia, utrudniając ich dostrzeżenie. 059 widział jedynie obramowujące ich pozycję ikony, wyświetlane na pękatym wizjerze swojego hełmu gdy na moment oderwał wzrok od ekranów.
Mknęli wysoko nad powierzchnią w szerokim szyku, podążając zaplanowanym korytarzem przez dłuższy czas. Otaczały ich rzadkie chmury, nadając bladoróżowemu niebu lekko pomarańczowego zabarwienia. Mimo panującego wokół spokoju w kokpitach myśliwców panowało niemal namacalne napięcie, sprawiające,bez skóra była wilgotna mimo kontroli środowiskowej skafandrów a sterylne powietrze jakby cięższe niż zwykle.
Na wyświetlaczu przed 059 zapaliła się ikona alarmowa, a w słuchawkach rozległ powolny, równy sygnał.
– Wchodzimy w parasol wrogiej obrony, kurs bez zmian – odezwał się Sentinel.
Nie reagowali; póki co był to jedynie radar automatycznie przeczesujący przestrzeń, niezależnie od tego, czy się w niej znajdowali, czy też nie. Choć sprzęt przeciwnika był wysokiej klasy, na razie polegali na właściwościach stealth maszyn, nie przechodząc do aktywnego przeciwdziałania.
Sygnał zmienił się, z powolnych, przypominających spokojny rytm serca puknięć przeradzając w szybkie, nerwowe stukanie.
– Szlag, aktywnie skanują sektor. Dobrzy są. Aktywować ECM3.
– Przyjąłem, ECM – odpowiedział, dotykając ikony i uruchamiając bloki walki elektronicznej.
Kontrast ich sytuacji był wręcz niekomfortowy: lecieli jak przedtem, nie zmieniając kursu czy prędkości choćby o jotę, a jednocześnie niepokój ściskał ich trzewia, gdy adrenalina przesiąkała do żył, a brzęczyk wygrywał stacatto we wnętrzach ich hełmów. Tymczasem elektronika ścierała się ze sobą w niewidzialnej walce, komputer kontra komputer, architektura maszyny kontra skanery stacji nadziemnych.
059 siedział w tym czasie spięty, oddychając głośno w równym rytmie, starając skupić na zadaniach, a nie na strachu skrobiącym jego umysł swymi palcami. Czas dłużył się, z sekund przeradzając w minuty, minuty w godziny. Siedzenie zdawało się niewygodne, skafander niedopasowany, nawet własna skóra i kości były niekomfortowe, jakby skrojone nie ma miarę, obce. W umyśle, choć przyjmowane ze wstydem, to gnieździło się pragnienie, by coś się wydarzyło, by przerwało torturę oczekiwania, pozwoliło zacząć działać, przejąć inicjatywę. Teraz przeciwnik mógł również dobrze nie robić niczego, jak i właśnie celować prosto w nich z palcem na spuście, a oni czekali, utrzymując trajektorię, lecąc jak po sznurku.
– Możliwe odpalenia. Przejść do aktywnego działania. Grand Slam, korytarz uniku na prawo – rozległ się spokojny, lecz przesiąknięty napięciem głos.
– Grand Slam przyjął – odpowiedział, słysząc w swoim identyczne brzmienie. Zatańczył palcami po dotykowym ekranie, przygotowując lasery i zalewając otoczenie promieniowaniem skanerów.
,,Chaff, flare"4 rozległo się w słuchawkach, gdy komputer ogłosił odpalenie dipoli.
Rozżarzone flary, strzępy pociętej w drobne paski folii oraz elektronicznych sztucznych celów wystrzeliły z kaset w jaskrawym spektaklu, zaraz po krótkim maszyna obaliła się na skrzydło i zanurkowała. Walkirie rozpierzchły się, rozrywając formację i oddalając się od siebie. Zaczęły manewrować, zmieniając trajektorie, by zmylić systemy namierzania, próbując trafić najmniejszą powierzchnią odbicia na ich fale i zniknąć im choć na chwilę.
Przełączył ustawienia, zmieniając profil zagłuszania i spojrzał na ekran wykrywania, czując, jak tężeje. Pod nimi wykwitła chmara celi, dziesiątki pocisków rakietowych wystrzelonych w ich kierunku.
– Mamy od cholery kontaktów – rzucił do 048, czując, jak w ustach mu zasycha.
– Świetnie – warknął pilot w odpowiedzi głosem przesiąkniętym wściekłością.
059 uruchomił wszystkie systemy defensywne, jakie były na pokładzie, podczas gdy pilot zmienił trajektorię.
Wokół maszyn zaczęły wykwitać eksplozje pocisków artyleryjskich, bębniąc po pancerzach odłamkami i rysując głębokie szramy na ich powierzchniach. W ciągu chwil wokół zaroiło się od błysków oraz szybko rozszerzających się obłoków, zmieniając niebo we wrzący kocioł.
– Mamy tu ciężki flak5, unikać, unikać, unikać!
,,Chaff, flare, chaff, flare."
Kolejne dipole zaczęły odpalać, jasne gwiazdy ciągnące za sobą smugi szybko rzędnącego dymu, konfetti foliowych pasków wybuchające niczym fajerwerki, elektroniczne zmyłki krzyczące na wszystkich częstotliwościach elektronicznym skowytem.
Podczerwone lasery rozpoczęły niewidzialny dla ludzkiego oka festiwal, precyzyjnie śląc fale wiązek w kierunku nadlatujących pocisków. Na ekranie pojawiły się informacje o pierwszych zestrzeleniach, duża część rakiet zboczyła ze swojego kursu, zmylona przez bloki walki elektronicznej lub ściągnięta przez dipole. Kilka przedarło się w bliski zasięg, zmuszając pilota do coraz ostrzejszych uników wokół ognistych kwiatów ostrzału przeciwlotniczego gdy zmieniał kurs, starając zyskać przewagę dystansu i prędkości. Walkiria była solidnie opancerzona, jednak nie na tyle, by przetrwać zbyt bliską detonację głowicy.
– Odpalam antyrakiety – powiedział, naciskając ikonę na wyświetlaczu.
Metaliczne drzazgi wypadły z bocznych komór uzbrojenia, obracając się w powietrzu i splunęły ogniem, rozpędzając się w kierunku nadciągających pocisków.
– Splash 1. Splash 2. Splash 3...
Przeciążenia wciskały w fotel; 059 oddychał w wyuczonym rytmie, podczas gdy pęcherze skafandra napełniały się, zaciskając wokół dolnych partii jego ciała, pompując krew do głowy; zawartość tlenu w powietrzu zwiększyła się, sprawiając, że poczuł lekkie zawroty, jakby się hiperwentylował. Żołądek podchodził mu do gardła, jednak wstrzyknięta przed momentem do krwiobiegu chemia trzymała mdłości w ryzach.
Ogony płomieni strzelały z dyszy manewrowych rozsianych po całym kadłubie, obracając maszynę, para potężnych silników pluła plazmą za ogonem. W niemal nieistniejącej atmosferze maszyna zyskiwała na manewrowości, nieograniczona przez powietrze zdolna wykonywać zwroty praktycznie w miejscu. Taniec polegał na tym, by nie być tam, gdzie przewidywała artyleria na podstawie manewrów i zawczasu słała pociski. Jednocześnie trzeba było znaleźć się jak najdalej od rozpędzonych rakiet, ale pod kątem umożliwiającym zaczynającym się przegrzewać laserom trafienie ich wiązką. Odbijanie przez kadłub fali namierzających było aktualnie najmniejszym zmartwieniem.
,,Chaff, flare, chaff, flare."
Brzeczki alarmowe wyły w uszach, spomiędzy nich przebijały się komunikaty podane przez bezbarwny, monotonny głos maszyny. Odłamki brzęczały o pancerz, jedne odbijając się, inne wrzynając w grube płyty i znacząc je szramami.
Walczył o zachowanie przytomności w trakcie gwałtownych manewrów, na zmianę balansując między redoutem i greyoutem. Świat zawęził się do wyświetlacza przed nim i koncertu ostrzeżeń w słuchawkach. Wypluwał z siebie słowa, informując pilota o sytuacji wokół nich, której ten nie był w stanie dostrzec, wspierany przez komputer przewidując trajektorie rakiet oraz wciąż nadciągającej z ziemi nawały pocisków.
Eksplozja szarpnęła maszyną gwałtownie, ciskając ich przeciw trzymającym ich ciała na miejscu pasom. W pierwszym momencie nie był pewien, co się stało, jednak w ciągu sekundy zapadki w mózgu zaskoczyły. Świadomość zmroziła mu krew w żyłach i jednocześnie wypełniła dziwną mieszaniną ulgi oraz strachu. Przeżyli, jednak droga przed nimi stała się jeszcze bardziej wyboista i niepewna.
Myśliwiec zaczął wirować, opadając, ekrany zalały czerwone niczym świeża krew ikony i komunikaty.
048 zaklął siarczyście, tracąc kontrolę nad maszyną.
– Grand Slam, mayday, mayday, mayday – nadał 059, uruchamiając sygnał awaryjny. Z lekkim zdziwieniem zarejestrował swój głos, przesiąknięty emocjami, jednak spokojniejszy, niż sądził. Mimo skręcającego trzewia napięcia udawało mi się trzymać umysł w ryzach, nie poddając panice, z nienaturalną pewnością w błyskawicznym tempie wykonując kolejne procedury. Walka, którą dosłownie przed chwilą toczyli zdawała się być odległym wspomnieniem, jakby wydarzyła się parę dni, a nie sekund, temu.
– Połowa RCS–ów mi nie reaguje, nie mogę odzyskać kontroli. Wysiadł mi prawy silnik.
– Odłączyłem go, poszły linie, ryzyko pożaru – odpowiedział, sprawdzając stan silników manewrowych. Wokół nich pojawiła się chmura dwuskładnikowego paliwa, z którego jedną część spuszczał, by zmniejszyć ryzyko zapłonu i eksplozji. Oleiste krople wirowały wokół nich, osiadając na obiektywach kamer przekazujących obraz do wnętrz kabiny.
– Maszyna nie reaguje, tracę kontrolę – pilot komunikował, walcząc z miotającym się wokół wszystkich osi myśliwcem, poszukiwanie rozwiązania pozostawiając mu. Rzadka atmosfera nie pomagała w najmniejszym stopniu, sprawiając, że aerodynamika oraz powierzchnie sterowe były bezużyteczne.
Migające ikony na schematach oraz rozwiniętych listach zmieniany kolor, gdy zmieniał kolejne statusy. Paliwo zrzucone. Uzbrojenie pokładowe zabezpieczone. Zapalniki zablokowane. Nie chciał być w pobliżu ciężkiego ładunku siedzącego w komorze uzbrojenia gdyby ten eksplodował.
– Dostaliśmy bezpośrednio, główna kontrola poszła, zapasowa jest uszkodzona. Musimy się katapultować.
– Nie ma atmosfery, nie wyhamuje nas.
– Może retrorakiety6 dadzą radę, i tak nie mamy wyjścia.
– Odpalaj, odpalaj – powiedział, wiedząc, że nie opanuje maszyny po kontroli nad silnikami manewrowymi.
– Grand Slam, eject – nadał na kanale otwartym, nim zwrócił się do towarzysza. – Odpalam.
,,Eject" zakomunikował system wraz z głośnym brzęczykiem.
Wszystkie pozostałe kasety z dipolami wypaliły, otaczając spadającą w korkociągu maszynę dymem, rozżarzonymi flarami i metalicznym konfetti. Seria eksplozji przecięła zamki, zawiasy i przewody, a pancerna kopuła osłaniająca owiewkę odleciała w dwóch połówkach. Zaraz potem kolejne detonacje oddzieliły cały kokpit, który wystrzelił z kadłuba, ciągnąc strugi ognia silników rakietowych.
Krótkie odpalania drobnych dysz odepchnęły kapsułę od spadającego myśliwca i ustabilizowały. Spadochrony wypadły z komór, rozwijając się poprawnie, jednak nie miało to dużego znaczenia w rzadkiej atmosferze, nie były w stanie samodzielnie spowolnić ich do przeżywalnych prędkości. Hamulce aerodynamiczne otworzyły się maksymalnie, z trudem sterując kierunkiem opadania.
Komputer szybko ocenił sytuację, zbierając dane z otoczenia. Był zaprogramowany by nie rozważać szans, nie kalkulować ich, tylko robić absolutnie wszystko co tylko możliwe by zachować pasażerów przy życiu, do samego końca.
Taśmy ładunków trzasnęły nad ich głowami, na ułamek sekundy dzieląc powierzchnię owiewki pęknięciami; zaraz potem krystaliczne odłamki rozprysły się, ukazując na wszystkie strony, odsłaniając ich na działanie środowiska zewnętrznego. Świst wiatru był ledwie słyszalny, mężczyzna nawet nie był pewien, czy nie był to jedynie wytwór jego wyobraźni.
Oddychał szybko, płytko, czując adrenalinę krążącą w żyłach i napełniającą jego kończyny potrzebą działania, dowolnego, nie ważne jak bezsensownego. Uczucie balansowało na granicy bólu, jednak przemógł je, wiedząc, że teraz nie było już niczego, co mógł zrobić, że wszystko pozostawało w rękach sprzętu.
Kokpit, kapsuła ratunkowa, wyposażony był w szereg systemów przeznaczonych do ratowania ich przy katapultacji; liczyli, że wystarczą, by przeżyli zderzenie ze zbliżającym się coraz szybciej gruntem. Przy rzadkiej atmosferze, liczącej zaledwie parę procent gęstości ziemskiej prędkość graniczna była wysoka; jedynie nieco niższa grawitacja grała na ich korzyść, jednak nie znaczyło to teraz wiele.
Jego oddech przyspieszał w miarę jak liczby na wysokościomierzu przeskakiwały, a prędkość opadania ustaliła się blisko terminalnej. Licznik odliczał czas do pierwszej sekwencji odpalenia, czujniki skanowały zbliżający się grunt w poszukiwaniu adekwatnego miejsca na lądowanie.
Rozległ się blady trzask ładunków, które odcięły spadochrony. Ich czasze zniknęły ponad ich głowami, teraz uwolnione opadając spokojnie, podczas gdy kapsuła dalej pędziła na spotkanie rdzawego gruntu.
Odpaliły silniki, plując strugami ognia z dysz, wciskając ich w siedzenia. Licznik prędkości przeskoczył znacząco, jednak szybko oderwał od niego wzrok, łącząc nogi razem oraz chwytając się rękoma uchwytu między udami w oczekiwaniu na katapultację z kokpitu. Z prawej i lewej przez obłok unoszącego się przy powierzchni pyłu widział wyrastające ku górze pomarańczowe skały.
Poziom paliwa a niewielkim zbiorniku spadł do zera, nacisk siedzenia na pośladki urwał się nagle. Zaraz potem pod fotelem wybuchły płomienie, osmalając nogi jego skafandra, a otaczający go kokpit zniknął. Przeciążenie przez ciągnącą się niczym wieczność sekundę próbowało skompresować go, wcisnąć w poduszkę siedziska nim urwało się równie nagle, co pojawiło. Małe dysze zasyczały, bardziej wyczuwalnie przez konstrukcję fotela niż słyszalne, odpychając go w bok od masywnej wanny kokpitu. Zostało jeszcze jedno, finalne odpalenie, tuż nad powierzchnią.
Pod siedzeniem pęczniała poduszka powietrzna, mające złagodzić uderzenie, nad głową bezgłośnie zafurkotał kolejny spadochron, próbując się rozwinąć. Był bez znaczenia, ale maszyna o to nie dbała – uruchamiała wszelkie systemy, niezależnie czy miały realny wpływ, czy też nie.
Grunt przed nim zaczął być już widoczny przez gęsty obłok pyłu, kamienista powierzchnia pokryta tłuczniem.
Do zderzenia zostały sekundy.
Wstrzymał oddech, zamykając oczy.
2HUD (Head-up Display) – wyświetlacz przezierny prezentujacy dane na przejrzystym medium, w tym przypadku wizjerze hełmu, pozwalający widzieć zarówno otoczenie, jak i wyswietlane informacje.
3ECM (Electronic Counter-Measures) – urzędzenia elektroniczne mające za zadanie zmylić i/lub oszukać systemy wykrywania oraz namierzania.
4Chaff, dipol – system przeciwdziałania radarom polegający na wyrzucaniu w powietrze chmury celów pozornych celem zmylenia środków namierzania przeciwnika.
5Flak – termin pochodzący z niemieckiego określenia na działo przeciwlotnicze (Flugabwehrkanone), w użyciu potocznym oznaczający artyleryjski ostrzał przeciwlotniczy.
6Retrorakieta – silnik rakietowy wytwarzający ciąg przeciwny do kierunku ruchu pojazdu celem jego wyhamowania.